Centrala antyewangelizacyjna w Twoim domu
Zakładki:
Ateizm
Inne
Katoliccy publicyści
Know-how
Nauka
Religijne
Tagi
PustaMiska - akcja charytatywna
RSS
środa, 03 grudnia 2014
A skoro o dzieciach mowa

Temat związków mieszanych zazwyczaj natychmiast orbituje w kierunku "no dobrze, ale co z dziećmi?"

Pozwolę sobie zacytować dosyć obszerną wypowiedź z pewnego forum na ten właśnie temat. 

Od czterech lat jestem żoną ateisty. Znaczy - sakramenty wszystkie ma, religię zna; mój małżonek pochodzi ze wsi, gdzie wiara ludzi była "na pokaz", ksiądz zbierał na tacę nawet na Mszy pogrzebowej (!), ksiądz jeździł po pijaku, proboszcz bardzo męża skrzywdził (nie mam na myśli molestowania, absolutnie!). Mniejsza z tym, grunt, że mój ślubny stracił wiarę. Powiem tak: jest momentami ciężko. Bez problemu zgodził się na czekanie do ślubu (sam też czystość zachował), nie przeszkadza mi w modlitwie; w naszym domu wisi krzyż, synka wychowujemy w wierze katolickiej, mój ślubny ma dobre i wrażliwe serce - zawsze skory jest do pomocy blliźniemu, uważa, że małżeństwem się jest do końca życia i nie uznaje rozwodów (z wyjątkiem przemocy w rodzinie).Ale...Na Mszę chodzę samotnie z synkiem - Stefanek już zadaje pytanie - a czemu tatuś nie idzie z nami? I co mam mu powiedzieć? Mąż sam zachęca synka do chodzenia do kościoła, fakt. Ale im będzie starsze tym bardziej będzie dostrzegać tę hipokryzję.Nie mam co liczyć na wspólną modlitwę, jak to robią prawdziwe rodziny katolickie - muszę robić to sama. Mąż nie przestrzega piątkowej wstrzemięźliwości - ja i synek tak. Znaczy - wspólne posiłki typu obiad i kolacja wszyscy jemy bez mięska, jeśli gotuje mąż to szanuje moją wiarę i zrobi kuskus z warzywami, ale do pracy zrobi sobie kanapki z wędliną. Synek ostatnio widział, jak tata je w piątek kiełbaskę - więc Stefanek też ją zechciał. Jak mu wytłumaczyć, że my mięsa w piątki nie jemy? Im dziecko jest starsze tym bardziej będzie dostrzegać pewne sprawy - a ateizm taty jest bardziej atrakcyjny niż wiara mamy, prawda? Przyznaję bez bicia, że nie myślałam o takich rzeczach, gdy brałam ślub. Bardzo kocham mojego męża, bo to naprawdę wspaniały, odpowiedzialny Mężczyzna - przez wielkie M. Wiem, że zawsze mogę na nim polegać, jest wspaniałym ojcem. Ale nie wiem, czy wzięłabym z nim ślub ponownie - ze względu na problemy, jakie będę mieć ze Stefciem. 

Musisz sama przemyśleć za i przeciw. Każdy może się nawrócić, ja bezustannie modlę się o nawrócenie męża i wierzę, że kiedyś się uda. Oczywiście, że ateiści mogą mieć kodeks etyczny, wysoką moralność i być dobrymi ludźmi, wspaniałymi ojcami i mężami - ale... Zawsze będzie to "ale" w postaci trudności z wychowaniem dzieci, samotnych Mszy Świętych (gdy wokół są całe rodziny), samotnej modlitwy.

Wychodzi na to, że katolicyzm to gra drużynowa. 

Co więcej, jakiekolwiek zetknięcie z inną postawą niż katolicka może być dla katolika miażdżące. Pochylmy się nad dramatem Lusi, która musi dziecku wytłumaczyć, czemu tata nie pości. Nawet, gdyby tata pościł Lusi dla towarzystwa, nie wiadomo, jak przebrnęłaby przez problem, dlaczego kolega w przedszkolu nie pości. Dlaczego pan w tramwaju w piątek je kanapkę z szynką. Dlaczego sąsiadka w niedzielę nie chodzi do kościoła. A może Lusia zamierza zmusić całe otoczenie, aby żyło po katolicku, aby nie burzyć wizji świata jej dziecku? Lub też dziecko na wszelki wypadek od bezbożników odizoluje? 

Coś wam powiem. Jak byłam mała, to koledzy w szkole dostawali w ramach śniadania np. paczkę czipsów. A ja bułkę. Wydawało mi się to dziwne, bo czipsy przecież smaczniejsze. Na dodatek mamuśka, nawet jak dawała kieszonkowe, to tłumaczyła, żeby nie rozwalić wszystkiego na fastfoody i słodycze, tylko żeby wydać na coś zdrowszego, trwalszego, ciekawszego etc. Być może mamy kolegów im tak nie nakazywały, a może i nakazywały, tylko koledzy to olewali. Kiedy próbowałam dyskutować, mama mi po prostu wytłumaczyła w dostępny dla mojego wieku sposób, czemu bułka jest lepsza od paczki czipsów. Przyswoiłam i nie buntowałam się. 

Podobnie nie było dla mnie jakimś szokującym zjawiskiem, że mój dziadek i wujek palą, a tata nie pali i na dodatek jest z siebie dumny, bo męskie środowisko wokół niego paliło: koledzy w technikum, koledzy z wojska, z pracy. Podziwiałam tatę, że miał charakter (w tamtym pokoleniu papierosy były wciąż wyznacznikiem samczości). Co nie znaczy, że wzbudziło to we mnie jakieś negatywne uczucia względem dziadka i wujka. 

I ja kurdebalans nie kumam, czemu można dziecku wytłumaczyć, że ludzie są różni pod każdym możliwym względem, mają różne tradycje, pochodzenie, nawyki, hobby, gusta i smaki, a nie da się katolickiemu dziecku wyjaśnić, że ktoś może być niewierzący (lub obojętny religijnie) nie rujnując mu tym samym światopoglądu?

Czy Lusia uważa, że jej synek nigdy się z tym nie zetknie?

Czemu tata nie idzie na mszę? Kurde, to tajemnica jakaś? Bo nie chce. Bo nie musi. Czy gdyby poszedł, synek nie dostrzegłby, że tata się nie modli? Albo modli się, ale nie wierzy? Chodzi do kościoła, ale psioczy na kościół? Chodzi do kościoła, ale nie pości? Chodzi i pości, ale nie robi czegoś tam jeszcze? 

Mąż Lusi to i tak złoty facet. Ustąpił jej pod każdym względem, jeśli chodzi o wychowanie dziecka. Ale Lusi tego mało. Mąż-ateista powinien w wychowaniu religijnym aktywnie uczestniczyć. Co więcej, aby to wychowanie było wiarygodne (Lusia słusznie boi się, że dziecko zauważy w końcu fałsz), najlepiej, aby uwierzył. I tak hyc hyc hyc, chyłkiem-tyłkiem przechodzimy od pokojowej egzystencji z ateistą do szantażyku moralnego: nawróć się, aby nie robić dziecku wody z mózgu. 

Jak mu wytłumaczyć, że my w piątek mięsa nie jemy? Pardon, to Lusia tego nie wie? To jej mąż ateista ma to dziecku tłumaczyć? Katolicy, których dotąd spotkałam, zazwyczaj wiedzieli, dlaczego w piątki nie powinni jeść mięsa. Wystarczy, że przetłumaczy to dziecku i tyle. Na początek w prostych słowach. 

Przypuszczam jednak, że zza słów Lusi przebija strach. Strach, że jej wizja świata przegra z alternatywą. Że jeśli wyjdzie poza "tak trzeba i tyle", to dziecko może uznać na przykład, że ono też ma prawo wyboru. Na przykład może jeść mięso, jeśli chce. Albo nie iść do kościoła. Albo też uzna, że mamy argumenty za takim czy innym religijnym zachowaniem nie trzymają się kupy. Lub też zauważy, że tata pomimo nie dotrzymywania postu żyje, ma się nieźle i wciąż jest ukochanym tatą, a piorun kary na niego z nieba nie spada. Innymi słowy, synek Lusi zauważy, jak działa prawdziwy świat. I wtedy pozostanie liczyć na to, że dziecinna wiara przetrwa próby krytycznego myślenia albo też że synek po kryzysie wywołanym rozjeżdżaniem się wizji świata mamy z realiami wróci jednak do wiary, tym razem dojrzałej. 

Przyznacie jednak, że ryzyko jest. 

22:25, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (5) »
sobota, 29 listopada 2014
Najpierw praca, potem dziecko?

Drogie pomioty Szatana! Czy wy też niszczycie swoje życie i związki, wybierając kolejność "najpierw stabilność finansowa, potem dzieci"? Wydawało wam się, że to jest odpowiedzialne i rozsądne? 

Portal Katolicka Rodzina wytłumaczy wam, jak bardzo się mylicie.

„Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną” (Rdz 1,28b). Znamienne, że na pierwszym miejscu tego polecenia jest prokreacja: po pierwsze być płodnym w sposób naturalny, po drugie, otwierać się na życie własnych dzieci, po trzecie, zaludnić ziemię, po czwarte, uczynić ją sobie poddaną. Dość kontrowersyjna ta kolejność. Dość niełatwe zadanie. A więc najpierw być płodnym – chyba potykamy się już na pierwszym etapie. Bo przecież antykoncepcja, ubezpłodnienie współżycia seksualnego, występuje dziś częściej niż naturalne planowanie rodziny.

Antykoncepcja nie ubezpładnia nikogo. Antykoncepcja uniemożliwia poczęcie, nie powodując bezpłodności. Elementarne, droga Katolicka Rodzino.

Drugi etap też nie jest łatwiejszy: czy można nazwać otwarciem na życie posiadanie najwyżej jednego lub dwojga dzieci? Zdaje się, że nie dajemy rady. Nie potrafimy uczynić sobie ziemi poddaną.

Pochylmy się nad tym jeszcze raz. Do tej pory wszyscy kościelni pouczacze grzmieli, że antykoncepcja jest zła, gdyż nie jest "otwarta na życie" (cokolwiek to znaczy - wydawałoby się, że samo liczenie się z opcją zajścia w ciążę pomimo antykoncepcji i chęć do wzięcia za to odpowiedzialności i wyczerpuje znamiona "otwartości na życie"). Teraz okazuje się, że na życie nie jesteśmy otwarci tak długo, jak nie chcemy mieć co najmniej trójki potomstwa. Gdyż albowiem rodzice jednego-dwojga dzieci są na życie zamknięci. A ich potomstwo jest tego zamknięcia się dowodem. QED.

Co oznacza zatem "otwarcie na życie"? Jak wynika z dalszego tekstu, zasadniczo... płodzenie bez zastanowienia:

Dlatego sami poddajemy się słabościom. Poddajemy się kompleksowi kontrolowania. Wręcz odwrotność wiary – zamiast zostawić to Panu Bogu, niech On tym pokieruje – kontrolujemy. Planujemy, prognozujemy, przewidujemy, upewniamy się, zabezpieczamy i zapobiegamy.

Patrzcie państwo, jaki skandal. Zamiast iść na żywioł, ludzie chcą mieć kontrolę. Kontrolę nad swoim ciałem (czy jest dla mnie rozsądne zajść teraz w ciążę?), nad swoją sytuacją zawodową (czy jeśli teraz zajdę, będę mogła wrócić do pracy potem? Czy nie powinnam zaczekać, aż dostanę umowę o pracę, która mi daje więcej przywilejów? Czy w razie czego utrzymamy się z pensji męża?), wreszcie nad tym, czy będą mieć za co opłacić życie (oraz potrzeby dziecka). Jak się okazuje, to wszystko jest złe. To są jakieś kompleksy, przymusy, odwrotność wiary! Bo w końcu raz się żyje, co nie?

Stąd, zdaje się, tak częste dziś przeciwstawne wybory, jakich dokonuje kobieta: najpierw praca, potem dziecko. Ale wszędzie ten sam motyw: najpierw ustawię się zawodowo, potem ustawię się rodzinnie. Najpierw osiągnę sukces w pracy, potem osiągnę sukces jako rodzic.

O ludzie, a te znowu z tym piętnowaniem sukcesu. Przy czym dla 25-30 latek "sukces zawodowy" oznacza w zasadzie "mieć jakąkolwiek pracę, najlepiej na etacie i na czas nieokreślony". 

A w gruncie rzeczy źródło jest jedno: mentalność posiadania, kontrolowania, zabezpieczania się, władzy.

Jednym słowem: samo zło. O wiele bogobojniej jest bowiem zajść w ciążę, zostać wywalonym z roboty na umowę-zlecenie i przez najbliższe x miesięcy żyć z pensji ojca dziecka. Albo z pensji rodziców/teściów. Tak się bowiem głupio składa, że niezależnie od stopnia zaufania Bogu, z czyjejś pensji żyć trzeba. Modlitwą się nie opłaci czynszu, a ufnością w Bogu się nie kupi leków, jeśli zachoruje.

Z jednej strony to dobrze, że możemy dziś planować rodzinę (w sposób zgodny z nauką Kościoła), z drugiej strony naraża to nas na niebezpieczeństwo niewiary.

Ciekawe, jak na ryzyko utraty wiary wpływa życie w ciągłym stresie, czy nie skazuje się rodziny na biedę. Chociaż może w czyimś tam przekonaniu to jest właśnie owocne, bo im więcej takiego lęku, tym więcej wiary...

Dlatego nawet naturalne metody planowania rodziny mogą stać się antykoncepcją. Lepiej wezmę wszystko w swoje ręce, zamiast zostawić to Bogu. Lepiej najpierw zapewnię sobie dobrą pozycję w pracy, a potem zdecyduję się na dziecko. Bo przecież nie mogę być nieodpowiedzialnym rodzicem, który nie zapewni dziecku dobrobytu.

Dobrobytu! Tysiące młodych par ledwie wyskrobujących ze swoich pensji w wysokości 1500 zł kasy na opłaty oraz jedzenie, właśnie jebnęło śmiechem.

A gdy zadać pytanie: czy lepiej jest dla dziecka czegoś nie dostać, czy w ogóle się nie urodzić?, odkrywa się przed nami prawdziwe oblicze owej mentalności. Bo w gruncie rzeczy jest to pytanie o to, czy lepiej mieć, czy być.

To zależy, co mamy na myśli pisząc "dla dziecka czegoś nie dostać". Bo trochę co innego nie dostać dla dziecka bucików z limitowanej kolekcji Wójcika, a co innego nie mieć na ciepłą wodę, ogrzewanie, prąd i czynsz. 

Postawmy sobie zatem pytanie. Lepiej mieć (pracę, własny kąt, parę groszy oszczędności na czarną godzinę) czy być (bezrobotnym, chorym z lęku o swoją rodzinę, wiecznie na pograniczu ubóstwa)? 

Małżeństwo katolickie nie stawia łatwych wymagań. Żąda od małżonków płomiennej wiary: „Czy chcecie przyjąć i po katolicku wychować potomstwo, którym was Bóg obdarzy?”. ... którym was Bóg obdarzy. To Bóg ma decydować. 

No, to przecież oczywiste, że to Bóg ma decydować o tym, ile macie mieć dzieci, a nie wy! Wy nie macie nic do gadania, chociaż ponosicie wszelkie ryzyka i koszty posiadania dzieci: finansowe, zdrowotne, emocjonalne itd. Wasze ciała są maszynkami do płodzenia, nie wy o nich decydujecie (bo wtedy jest to "kompleks kontrolowania i władzy).

A więc jeszcze jedna niespodzianka: dziecko to dar. To nie antagonista, którego się odrzuca i nie zagrożenie, przed którym trzeba się „zabezpieczyć”. Jakich przykrych sformułowań używa mentalność antykoncepcyjna! Zapytajmy małżonków czekających latami na dziecko. Ono jest skarbem. Jest takim skarbem, że niektórzy zdają się zapominać, że jest też darem. 

Dziecko jest skarbem. Byle nie z in vitro, rzecz jasna. Ani w związku niesakramentalnym. Wtedy otwartość na życie jest fe.

Katolicka nauka o rozrodczości i rodzinie jest radykalna. Mam się otwierać na życie. Dlaczego? Bo mam też wierzyć, że miłosierny Bóg ma w tym Swój pełen miłości plan.

Na przykład taki plan, że ja i moje dzieci mamy umrzeć z głodu. No co? Że za radykalne? Powiedzcie to setkom rodzin w Afryce. Ewidentnie plan Boga wobec nich jest właśnie taki... oczywiście dla bogatej (w skali światowej) białej, wykształconej Europejki piszącej sobie z dupy artykulik na portal, "zaufać w boski plan" oznacza zapewne "pieniądze jakoś cudownie spadną z nieba, rodzina pomoże, mąż nagle dostanie 2000 podwyżki". Innych planów się jakoś nie dopuszcza. 

Mam, jak czternastoletnia Maryja, powiedzieć swoje „Fiat”. Niech mi się stanie według słowa Twego. Chociaż dosłownie nie znam męża. Chociaż nie wiem, za co to dziecko utrzymam.

Brzmi kusząco. 

Mentalność kontrolowania nie jest chrześcijańska. Chrześcijańska jest wiara i ufność. 

Ale ufność w co?! Jeśli dajmy na to w ciążę zachodzi bezrobotna kobieta, której mąż zarabia 1500 zł, to w co oni mają mieć ufność? Że wygrają w totka (w którego zapewne nie grają)? Raczej nie w to, że ona w ciąży dostanie nagle pracę albo że dostawcy świadczeń zgodzą się fundować im koszty życia. Ufność i nadzieję można mieć w wydarzenia prawdopodobne, realne. Jeśli kasa się skończy, to się skończy i ufność nie ma nic do tego. 

Swoją drogą przecudnie kuriozalne, jak czternastoletnia Maryja, nie wiedząca z kim ma dziecko, jest nagle stawiana za wzór katolickim kobietom...

poniedziałek, 24 listopada 2014
Orgazm i inne perwersje

Na Frondzie znalazłam taki oto wzruszający wpis:

Bardzo współczuję młodym – powiedziała mi kiedyś moja śp. Babcia – Odzierają was z romantyzmu, z odkrywania tajemnicy, z naturalnego zawstydzenia. Nie macie pojęcia, czym jest prawdziwa miłość.

Bo to, co wy odczuwacie lub odczuwaliście, drogie dzieci, to jest tylko miłość udawana. Tylko idealny katolik przeżywa prawdziwe życie, prawdziwą miłość, ma prawdziwą rodzinę, prawdziwe szczęście, jest prawdziwą kobietą lub prawdziwym mężczyzną, dosłownie wszystko, czego się dotknie, jest jedyne prawdziwe. Wszystko inne to fejk. PS. to prawda. 

Babcia, rzecz jasna, miłość przeżyła tylko jedną, ale rzecz jasna ta była tą prawdziwą! I daje to prawo babci do wyrokowania o uczuciach i doświadczeniach innych ludzi. Bo tak.

Babcia wychodziła za mąż prawie zupełnie nieuświadomiona. Tuż przed ślubem rozmawiała z nią wprawdzie matka, żeby „z zaufaniem poddała się małżonkowi”, ale młoda mężatka i tak była wstrząśnięta pierwszą nocą. Podejrzewała, że jej ukochany po prostu zwariował. 

Naprawdę ze smutkiem czytam coś takiego. Babunia co prawda zrealizowała ideał kobiety uległej i "poddała się małżonkowi", ale jej kompletna niewiedza wywołała szok. To smutne, bo można przeżyć pierwszą noc zupełnie inaczej, radośnie i z ciekawością odkrywając nowe doznania. 

I co? I w niczym to nie zaszkodziło małżeńskiemu szczęściu. Dziadkowie przeżyli razem w zgodzie ponad pięćdziesiąt lat. Babcia do końca wspominała z rozrzewnieniem swoje „romantyczne uniesienia”, choć oczywiście nie zdradzała nikomu żadnych szczegółów.

Ciekawe, swoją drogą, co takiego dziadziuś wymyślał (czy sam był doświadczony?). I czy babcia myślała, że tak ma być i się potulnie dopasowała, bo w tym modelu chyba nie było miejsca na powiedzenie "kochanie, wolałabym, abyśmy robili to nieco inaczej"? 

Często myślę o mojej skromnej Babuni, która mało nie zemdlała, gdy pewna „postępowa” kuzynka zademonstrowała jej swoje zdjęcia z plaży nudystów. Co powiedziałaby dzisiaj na wylewające się zewsząd wyuzdanie? Na propozycje urozmaicania życia seksualnego przez zmiany partnerów lub wymyślne gadżety? Na publiczne rozprawianie o orgazmach? Co powiedziałaby na to, że „najpiękniejszą parą” mogą zostać dwaj mężczyźni chełpiący się swoim homoseksualizmem?! I czy bardzo byłaby zdziwiona, że nawet o najgorszej perwersji można usłyszeć w biały dzień, bo dawno przestano się już liczyć z wiekiem czy wrażliwością odbiorców?

Pal sześć gejów czy zabawki, ale zabawne, że nagość czy orgazm są tutaj wymienione jednym tchem z "najgorszą perwersją". Skromna babunia o takich rzeczach pewnie nigdy nie myślała, być może nawet była zadowolona z takiego życia erotycznego, jakie miała, jej sprawa - ale skąd w ogóle to podejście, że nie wolno głośno mówić o sferze seksualnej? Skoro już nawet ojciec Ksawery Knotz rozprawia o orgazmach i grze wstępnej? Babunia była skromna, ale powiedzmy wyraźnie, także po prostu ograniczona swoją niewiedzą (nie z własnej winy, tak ją wychowano, wspomnijmy mamusię, co nawet przed ślubem nie udzieliła córce żadnych rad ani wsparcia poza "nic nie rób, to facet ma się tym zająć") i przerażona seksem. To ma być wzorzec? Co by babunia powiedziała? Zapewne nic, bo była porażająco niekompetentna w sferze erotycznej. Skromność może być zaletą, ale ignorancja już nie.

Biedna Babuniu, może to dobrze, że już jesteś w lepszym świecie, bo doznałabyś okropnego szoku i nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę!

To, że dla kogoś zmiany są zbyt drastyczne i szokujące jest przykre, ale nijak nie oznacza, że te zmiany są złe. 

Jednej Twojej reakcji jestem zupełnie pewna – ubolewałabyś nad „odartymi z romantyzmu” młodymi. Już nawet wiem, komu współczułabyś najbardziej. Tak, tak, oczywiście – tym, co przeszli najlepszą seks – edukację, tym bezpruderyjnym, egoistycznym, tym zmieniającym partnerów, tym z ostentacją realizującym swoje najbardziej wyrafinowane zachcianki.

A współczułaby, ponieważ....? Nie dowiadujemy się. Nie wiadomo także, w jaki sposób babunia mogłaby współczuć osobom, o których życiu nie ma grama pojęcia, bo jak już wspomniano, nawet plaża nudystów to było dla niej za duże przegięcie. Żeby wyrazić o czymś opinię, trzeba o tym coś wiedzieć. Dla babuni jedynym romantycznym wzorcem było położyć się przed mężem i czekać, aż sam sobie poradzi - dla niej super, dla mnie i "wyuzdanych" nie ma w tym kompletnie nic romantycznego. Romantyczne może być za to realizowanie wyrafinowanych zachcianek seksualnych, bo w sumie czemu nie? 

No i czemu ludzie po edukacji seksualnej mieliby być egoistyczni? Bo tak?

- Mój Boże – załamałabyś nad nimi ręce – jacy to nieszczęśliwi ludzie! Przegrywają życie! I nawet nie wiedzą, ile tracą w sferze, o której myślą, że są jej znawcami.

Ha ha, uwielbiam takie teksty. A czy ta babcia wie, co ona straciła w sferze, w której sama uznaje się za znawczynię (vide tekst o "prawdziwej miłości")? 

Do kompletu babci - młody prawiczek. On z kolei przekonuje, że gdy jego znajomi twierdzą, że mają udane życie seksualne, to kłamią. 

„Niesamowite życie seksualne”, którym chwalą się twoi przyjaciele prawdopodobnie w ogóle nie istnieje. 

A wiemy o tym, bo...? 

Oczekiwanie jest świetne.

Tak, oczywiście. Ale jeszcze lepsze jest dysponowanie swoją osobą zgodnie ze swoją wolą, a nie zakazami i nakazami innych. 

Chciałbym uprawiać seks tylko z jedną kobietą. Z tą, którą kocham i z którą chcę spędzić resztę mojego życia.

Wiecie co? Taka deklaracja jest OK. Tyle, że ona nijak nie broni się jako argument przeciwko seksowi narzeczonych czy po prostu stałych związków. 

Wierzę, że seks jest niewiarygodnie mocnym symbolem miłości pomiędzy dwojgiem ludzi. Można to porównać z klejem. Kiedy uprawiasz z kimś seks – przywiązujesz się do tej osoby emocjonalnie i fizycznie. Kiedy zrywasz te więzi – rozdarcie zostawia otwarte rany w miejscu, gdzie kiedyś był klej. 

Pierwsze primo, zerwanie więzi emocjonalnej (i seksualnej) może nastąpić także w małżeństwie - ale nie jest to argument przeciwko braniu ślubów. 

Drugie primo, tak, seks scala związek, ale można cierpieć po "zerwaniu kleju" także emocjonalnie po rozstaniu w białym związku. Przed tym nic nie chroni, nawet najbardziej rygorystyczna etyka seksualna. 

To dlatego przygodny seks nigdy nie działa na dłuższą metę, tak po prostu już jest.

Przygodny seks nie ma "działać" w sensie spajać ludzi na wieki. Chociaż zdarzają się pary, co od seksu zaczęły, a na ślubie się skończyło.

W przeciwieństwie do tego, co sądzi wielu z moich kolegów - można mieć udany związek bez seksu, i to bardzo dobry związek.

Można mieć udany związek z seksem lub bez. Albo nieudany. Nie o to chodzi. Związek z seksem jest po prostu zupełnie inny od związku bez seksu. Po ślubie mniej się zmienia. Jeśli zatem jakaś katolicka para jest bardzo szczęśliwa w małżeństwie, niech sobie pomyśli, że mogła być tak samo szczęśliwa wcześniej. I już.

Istnieje wiele nieporozumień na temat związków i seksu. Kiedy rozmawiałem o tym ostatnio z przyjacielem – powiedział: „ale czy kupiłbyś samochód bez jazdy próbnej”? Moją pierwszą reakcją był śmiech, ale zaraz potem uderzyła mnie czysta głupota takiego podejścia do seksu. Z jego wypowiedzi wynikało zasadniczo, że jedynym celem związku między dwoma osobami jest seks. Samochód służy do jeżdżenia, a więc związek dwu osób istnieje dla przyjemności seksualnej.

Seks nie jest jedynym celem związku, ale jest właśnie tym elementem, który odróżnia związek romantyczny od relacji z rodzicami, rodzeństwem, dziećmi czy przyjaciółmi. Zatem nie ma co wmawiać sobie, że którakolwiek z tych relacji przygotuje nas do pożycia z naszym partnerem. Idąc do ślubu jako para prawiczków, nie sposób wyobrazić sobie, jak ta sfera wspólnego życia będzie wyglądała. Bo i skąd - żadnego materiału porównawczego. To jak kupić samochód nigdy nie jeżdżąc i nie wiedząc, czy nam to będzie odpowiadać. Można rzecz jasna nauczyć się po zakupie, ale czy ktoś tak robi?

Jeśli bowiem chciałbym dalej trzymać się porównań motoryzacyjnych powiedziałbym, że wolałbym raczej, żeby moja partnerka była jak lśniące nowe Ferrari, niż przechodzone, zużyte Volvo z czwartej ręki… Wiecie już o co chodzi.

Niestety, kolejny raz natykam się na takie sformułowanie i nie, nie wiem, o co chodzi. Kobieta z czwartej ręki jest przechodzona? Zużyta? Czym się to objawia? 

Coraz więcej młodych ludzi wstrzymuje się ze współżyciem, nie mniej niż 27% młodych w wieku 15-24 lat nigdy nie miało żadnego doświadczenia seksualnego (dane z roku 2011). To więcej, niż w roku 2002 kiedy tylko 22% nie miało żadnego kontaktu seksualnego z inną osobą. Dlatego podejrzewam, że nie jestem jednak jedynym „nienormalnym”.

To miłe, ale co z tego wynika? 10% Polaków w ogóle nie myje zębów, więc jeśli jedzie ci z puchy, to nie martw się, nie jesteś jedyny.

A więc – do tych, którzy czytają to i którzy nie mieli dotąd doświadczeń seksualnych, a którzy czują się zobligowani do tego, bo „wszyscy już to robili” otóż: nie robili tego. Obiecuję wam. Większość po prostu kłamie na temat tego, jak daleko „sprawy zaszły” w ostatni weekend, czy z dziewczyną/chłopakiem.

Rozczuliła mnie ta końcówka :) W sumie wychodzi na to, że prawictwo to jednak pewien obciach, skoro wiele osób je kryje i kłamie. A z moich prywatnych obserwacji wynika, że chęci do powiększania swoich seksualnych podbojów mają właśnie surowo wychowani chłopcy, bardzo niepewni swojej seksualnej atrakcyjności i czujący ogromną potrzebę zrobienia z siebie macho-zdobywcy (vide słynna sonda Polityki wśród wyborców różnych partii - poziom fantazji, samookłamywania i prężenia czuba wśród wyborców PiS dystansuje całą lewicę i centrum). W środowisku zlewicowanych swingersów takie zachowanie by trąciło grubym obciachem, bo ludzie doświadczeni seksualnie nie nabiorą się na ściemę w stylu "ryćkamy się non stop i wszystko jest 100% idealnie" - chyba że to świeży związek osiemnastolatków właśnie. Z małżonem też byliśmy na tym dokładnie etapie, jak ja miałam 18, a on 20. Ech, cudne czasy :)

sobota, 15 listopada 2014
O święta uległości, czyli Spełniona Żona cz.II

Czytamy dalej Żonę Spełnioną.

Chcę podzielić się z tobą jednym z moich małych sekretów prowadzących do spełnienia w roli żony. Ja po prostu staram się być... uległa swojemu mężowi.

Ulec:

1. zostać pokonanym, poddać się, skapitulować;2. ustąpić komuś, dać się namówić;3. poddać się jakimś uczuciom; znaleźć się pod wpływem czegoś; 4. doznać działania czegoś; 5. o kobiecie: oddać się mężczyźnie; o mężczyźnie: oddać się kobiecie

Brzmi kusząco, prawda? Zwłaszcza "poddać się, skapitulować". To słowo implikuje, że była jakaś walka. Żona walczyła o coś z mężem. Zapewne o coś, na czym jej zależało, skoro mówimy aż o "kapitulacji". Czyli: mąż ma pragnienie A. Żona ma pragnienie B. Pragnienia A i B wzajemnie się wykluczają. Czy w tym momencie "bycie uległą" oznacza, że zawsze jedna strona będzie rezygnować? Ale czytajmy dalej.

Zanim jednak widząc słowo "uległość" (brrr... to przecież takie straszne słowo) zrezygnujesz z dalszego czytania tego wpisu lub jeszcze gorzej - zechcesz czym prędzej poinformować jakąś postępową organizację genderową, aby się moją sprawą "zajęła", proszę cię o jedno. Zadaj sobie pytanie, czy chcesz zrobić wszystko (oczywiście wszystko oprócz grzechu), aby pokazać twojemu mężowi, że ci na nim naprawdę zależy? 

Konia z rzędem temu, kto potrafi powiedzieć, w jaki sposób "postępowa instytucja genderowa" miałaby się "zająć" autorką posta, ale dobrze, pozwólmy ludziom żywić swoje drobne mokre fantazje. 

Zwracam jednak uwagę wycieczki na podparcie argumentacji szantażem emocjonalnym "skoro się ze mną nie zgadzasz, to nie zależy ci na mężu". 

Gdyby ktoś spytał mnie kiedyś, czym jest uległość w stosunku do męża, odpowiedziałabym: "życiową porażką". Być może ty również, słysząc to słowo, od razu widzisz oczami wyobraźni kobietę zahukaną, zlęknioną, nieszczęśliwą, pozbawioną poczucia własnej wartości, wykorzystywaną, nieszanowaną i ograniczoną. Zapewniam cię, że taka postawa nie ma nic wspólnego z biblijnym poddaniem żony. 

Nie ma? Orly?

Ef 5, 22-24

22 Żony niechaj będą poddane swym mężom, jak Panu, 23 bo mąż jest głową żony, jak i Chrystus - Głową Kościoła: On - Zbawca Ciała. 24 Lecz jak Kościół poddany jest Chrystusowi, tak i żony mężom - we wszystkim. 

Pwt 22, 13-21

13 Jeśli ktoś poślubi żonę, zbliży się do niej, a potem ją znienawidzi, 14 zarzucając jej złe czyny, i zniesławi ją mówiąc: Poślubiłem tę kobietę, a zbliżywszy się do niej, nie znalazłem u niej oznak dziewictwa, 15 wtedy ojciec i matka młodej kobiety zaniosą dowody jej dziewictwa do bramy, do starszych miasta. 16 Ojciec młodej kobiety odezwie się do starszych: Dałem swą córkę temu człowiekowi za żonę, a on ją znienawidził. 17 Oto zarzuca jej złe czyny, mówiąc: Nie znalazłem u córki twej oznak dziewictwa. A oto są dowody dziewictwa mej córki i rozłoży tkaninę przed starszymi miasta. 18 Wtedy starsi miasta wezmą tego męża i ukarzą go. 19 Skażą go na sto syklów srebra i dadzą je ojcu młodej kobiety, gdyż okrył niesławą dziewicę izraelską; pozostanie jego żoną i nie będzie jej mógł całe życie porzucić. 20 Lecz jeśli oskarżenie to okaże się prawdziwym, bo nie znalazły się dowody dziewictwa młodej kobiety, 21 wyprowadzą młodą kobietę do drzwi domu ojca i kamienować ją będą mężowie tego miasta, aż umrze, bo dopuściła się bezeceństwa w Izraelu, uprawiając rozpustę w domu ojca. Usuniesz zło spośród siebie.

1 Kor 11, 8-10

8 To nie mężczyzna powstał z kobiety, lecz kobieta z mężczyzny. 9 Podobnie też mężczyzna nie został stworzony dla kobiety, lecz kobieta dla mężczyzny. 10 Oto dlaczego kobieta winna mieć na głowie znak poddania, ze względu na aniołów. 

Rdz 3, 16

16 Do niewiasty [Bóg] powiedział: Obarczę cię niezmiernie wielkim trudem twej brzemienności, w bólu będziesz rodziła dzieci, ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą. 

Tm 1, 11-15

11 Kobieta niechaj się uczy w cichości z całym poddaniem się. 12 Nauczać zaś kobiecie nie pozwalam ani też przewodzić nad mężem lecz [chcę, by] trwała w cichości. 13 Albowiem Adam został pierwszy ukształtowany, potem - Ewa. 14 I nie Adam został zwiedziony, lecz zwiedziona kobieta popadła w przestępstwo. 15 Zbawiona zaś zostanie przez rodzenie dzieci; [będą zbawione wszystkie], jeśli wytrwają w wierze i miłości, i uświęceniu - z umiarem.

Jak to szło? Zalękniona? Wykorzystywana? Zahukana? Ograniczona? Ależ skąd! Ale wróćmy do bloga...

Bóg pragnie cię chronić i dlatego dał ci twego męża, abyś mogła uwolnić się od ciągłego lęku, kontrolowania wszystkich i wszystkiego, od brania na siebie odpowiedzialności za cały świat. 

Ach, moja ukochana linia argumentacji: ten dobry mężczyzna zdjął problemy z twojej ślicznej główki. Sęk w tym, że "odpowiedzialność" to nie tylko ciężar, ale i władza. Jeśli uwolniono cię od wszelkiej odpowiedzialności, to znaczy, że nie decydujesz o niczym. QED.

Czy jednak pozwolisz Mu realizować Jego plan względem twojego małżeństwa, czy raczej będziesz starała się przekonać Boga, że się pomylił stwarzając mężczyznę i kobietę tak... różnymi od siebie?

A skąd mam wiedzieć, jaki jest ten "plan względem mojego małżeństwa", żeby ocenić, czy go realizuję czy nie? Bo zarzut, przyznacie, brzmi srogo: skoro masz jakieś ALE do swojego męża, to znaczy, że kwestionujesz mądrość samego Boga. 

Oddajmy jednak autorce uczciwie, że odniosła się do zacytowanych wyżej fragmentów i komentuje je tak:

Tego typu opis rzeczywistości nie pokazuje jednak, czym biblijna uległość jest w swej istocie, lecz odkrywa nasze zranienia i bolesne doświadczenia. Bo prawda jest taka, że uległość powinna być postawą i wyborem serca, a nie tym, co się robi bez głębszej refleksji i bez miłości. Uległość w wykonaniu żony, która jest wewnętrznie zbuntowana lub niezdolna do wyrażenia własnego zdania, jest karykaturą nie tylko kobiecości, ale wszelkiego człowieczeństwa.

Pamiętaj, katolicka kobieto. Wewnętrzny bunt to karykatura kobiecości. Otwarty bunt również. Masz nie tylko ustępować we wszystkim mężowi, ale także gorąco tego pragnąć. Jak w totalitarnym państwie: nie wystarczy tolerować zastany porządek, trzeba go jeszcze głośno wielbić. Albo w korporacji. 

To, co prawdziwie "kręci" mężczyznę, to przebywanie w obecności pewnej siebie kobiety: atrakcyjnej, uśmiechniętej, pogodnej i świadomej swojej wartości. 

Pewność ciebie w tym przypadku sprowadza się do "moje zdanie jest A, ale i tak rób co chcesz". Ale nie uprzedzajmy faktów.

Dopiero kobieta, która lubi samą siebie, może dokonać wyboru, by oddać się w ręce swojego męża. Znając swoją wartość, będziesz ostatecznie zadowolona z każdej decyzji swego męża (także tej niezbyt trafionej), gdyż będziesz miała głęboką świadomość, iż to ty podjęłaś decyzję, aby swemu mężowi tę odpowiedzialność powierzyć. Mądre, prawda?

No właśnie NIE. Moim zdaniem, jeszcze gorzej mieć świadomość, że się pozwoliło zrobić komuś coś głupiego/szkodliwego niż sytuacja, kiedy staraliśmy się do czegoś nie dopuścić, a jednak się stało.

Czytając te wynurzenia mam natrętne wrażenie, że autorka pisze o problemach typu "czy założyć na wizytę u teściów koszulę niebieską czy zieloną". Jasne, w takiej sytuacji mądra żona mówi "bardziej podobasz mi się w zielonej, ale cokolwiek założysz, będzie OK". Jednak większość prawdziwych małżeńskich problemów to rzeczy wpływające znacząco na dobrostan nie tylko męża, ale także żony i dalszej rodziny. Wyobraźmy sobie żonę, której mąż postanawia zrezygnować z rocznicowej kolacji, aby iść na wódkę z kolegami. Czy o trzeciej w nocy, kiedy on wtoczy się ubzdryngolony do domu, ona będzie "ostateczne zadowolona z decyzji swojego męża"? 

Nie oznacza to oczywiście, jakobyś miała bezczynnie czekać na rozwój wydarzeń, a twojemu mężowi beznamiętnie komunikować "Rób, co chcesz...". Nasi mężowie potrzebują rozmów z nami, naszej wiedzy, intuicji, wsparcia i aktywnej pomocy.

W praktyce wygląda to tak: ona poględzi, on zrobi swoje. Ewentualnie on jej zakomunikuje "zamknij się, kobieto" (ujęte w mniej lub bardziej elegancki sposób). 

Bóg stworzył nas równymi przed Jego obliczem (Rdz 1, 27) i uczynił dla siebie towarzyszami i partnerami.

Nie, nie stworzył was równymi - patrz cytaty wyżej. 

Na marginesie: ach, jaka cudowna rzecz ta Biblia: można w niej znaleźć cytat wspierający dowolne zdanie i okrasić to naklejką "oto słowo Boże". Zapewne gdyby autorce kazano wypowiedzieć się na temat kapłaństwa kobiet, natychmiast zapomniałaby o równości płci i z lubością cytowałaby przytoczone już hasła o babie, co ma siedzieć cicho i nie przewodzić nad mężczyzną.

Niestety,wiele kobiet bardziej troszczy się o własną rację czy reputację niż o tę partnerską relację z mężem!

A w jaki sposób można tworzyć partnerską relację, w której racja jednej ze stron jest z definicji mniej ważna?

Tak jakby zapominały, że celem małżeństwa nie jest zgodność odnośnie każdej kwestii, ale to, aby mąż i żona potrafili wspólnie żyć, nawet gdy na pewne sprawy mają odmienne zdania.

Generalnie - zgoda. Z tym, że w myśl tej logiki mąż powinien ustępować tak samo często, jak żona. I jeśli założymy, że mężowie czytających to kobiet są takimi właśnie wspaniałymi partnerami, to idea "bycia zadowolonej z każdej decyzji męża" może się sprawdzić. Niestety, autorka w żaden sposób nie doradza, co robić, jeśli mąż nie jest chodzącym ideałem.

Niemal każda żona marzy o tym, aby mieć w domu prawdziwego mężczyznę - głowę rodziny: zaangażowanego, oddanego i odpowiedzialnego (do tego właśnie zachęca twego męża Pismo Święte). Warto jednak zauważyć, że ta zaszczytna funkcja nierozerwalnie wiąże się z trudem podejmowania decyzji i ponoszeniem za nie pełnej odpowiedzialności.

Ach, ten trud podejmowania decyzji. Czasami budzę się w środku nocy zlana potem, bo przyśniło mi się, że miałabym podjąć jakieś decyzje...

Jest to ciężar, który wielu mężczyzn chętnie zrzuciłoby na barki kobiet - te zaś zbyt często biorą to jarzmo na siebie, ponieważ mają tendencję do przejmowania się wszystkim i za wszystkich (szkoda tylko, że potem - przygniecione rolą rodzinnego przywódcy - mają żal i pretensję przede wszystkim do męża).

Trud, jarzmo, przygniecenie... czyż nie lepiej uznać, że to dla nas za trudne i oddać wszelką władzę w ręce mężczyzny?

Jeśli chcesz utrudnić swojemu współmałżonkowi wypełnienie jego misji polegającej na prowadzeniu i zabezpieczaniu rodziny, wystarczy, że będziesz ciągle forsowała swoje zdanie lub wytykała mu jego błędy i porażki.

Nie zamierzam bronić krytykanctwa, ale jeśli ktoś ma rację, to ma rację i zwrócenie na to uwagi pozwala osobie popełniającej błędy unikać ich w przyszłości. Owszem, krytyka jest czymś trudnym, a ego mężczyzn zazwyczaj bardzo wrażliwe. Zauważmy jednak, że sama autorka doradzała parę akapitów wyżej, że mężowie potrzebują kobiecych rad, mądrości i rozmowy.

Chyba że wybierzesz postawę uległości, która wypływa z szacunku, zaufania oraz wierności Słowu: "żony, bądźcie uległe mężom swoim, jak przystoi w Panu" (Kol 3,18). Wówczas dasz swojemu mężowi szansę, aby stał się przewodnikiem rodziny, a nie niezdarnym pomocnikiem żony.

Zamiast tego żona staje się pomocnikiem męża. Bo jeśli jedna osoba kieruje wszystkim, to o partnerstwie nie ma już mowy.

Gdy więc następnym razem przedstawisz mężowi swoją opinię lub rozwiązanie jakiegoś problemu, poprzestań na tym. Porzuć wykłócanie się, wymuszanie, obrażanie czy wałkowanie przedmiotu rozmowy w nieskończoność, lecz wyraź swoje zdanie z zaangażowaniem i pasją, a równocześnie delikatnie i rzeczowo. Następnie powiedz: "kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie". 

"Kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne, abyśmy zamiast nowych felg do auta naprawili pralkę, bo nie mam siły prać ręcznie. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

"Kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne, abyś podczas seksu nie próbował mnie zmusić szarpaniem za włosy do robienia ci loda. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

"Kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne, abyś nie wracał każdego wieczoru pijany i nie wydawał całej pensji w knajpie. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

"Kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne, abyś dawał mi jakieś pieniądze na własne wydatki teraz, kiedy nie pracuję. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

"Kochanie, jest to dla mnie bardzo ważne, abyś nie bił mnie po twarzy, kiedy uznasz, że nie wypełniłam swoich obowiązków domowych. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

I tak dalej.

Ja natomiast zapewniam cię, że od dnia, w którym postanowisz tak czynić, Twoje małżeństwo wkroczy na zupełnie nową ścieżkę, a twój mąż niejednokrotnie zadziwi cię - nie tylko trafnością swoich sądów, ale również satysfakcją, którą zacznie odczuwać w Twojej obecności - pełniąc funkcję głowy rodziny i autorytetu dla wybranki swego serca.

Piękna wizja dla kobiet poślubionych idealnym mężczyznom. A co z całą resztą?

Radykalny feminizm próbuje zrównać mężczyznę i kobietę, lecz w istocie doprowadza do antagonizmu pomiędzy nimi i ciągłej walki o utrzymanie swojej pozycji, własnego zdania, swojego pomysłu na wspólne życie.

Albowiem owszem, kobieta jakieś tam swoje zdanie i pomysły na życie ostatecznie może mieć, ale na Boga, niechże się babsko przestanie o nie wykłócać!

Wiele zła spada na rodzinę dlatego, że kobiety pozbawiły się ochrony swych mężów i zdecydowały się na pełnienie roli mężczyzny w domu. Pozwoliły, by szatan przekonał je, że uległość i posłuszeństwo żony względem męża jest czymś degradującym je. Dlatego posłuszny i uległy powinien być... mąż.

A co w tym byłoby strasznego, gdyby ten mąż był właśnie uległy i posłuszny? Wszak autorka już od kilku ekranów przekonuje nas, że to prawdziwy raj na ziemi i źródło małżeńskiego szczęścia. Skoro on i ona są równi (a tak podobno uczy Biblia, przynajmniej czasami), to co za różnica, które będzie uległe, a które "przewodnikiem"?

Uległość nie pozbawia mnie mego temperamentu, osobowości czy odpowiedzialności. Powoduje jednak, że jestem zabezpieczona w sprawach duchowych, ponieważ postawiłam mojego męża pomiędzy sobą a światem. Od tej pory to Kuba, nie ja, bierze na siebie presje fizyczne, emocjonalne i duchowe, które są we mnie skierowane, ja zaś jestem wolna od dźwigania tych wszystkich trosk.

Brzmi fajnie, ale w praktyce niewykonalne. Bo jak to miałoby wyglądać?

"Kochanie, w pracy za dużo ode mnie wymagają?" "Najdroższa, rzuć to, ja będę pracował za nas oboje". 

"Kochanie, okres mi się spóźnia od miesiąca." "Najdroższa, nie martw się, ja donoszę ciążę i urodzę za ciebie".

"Kochanie, właśnie się dowiedziałam, że mam wyrostek do wycięcia". "Najdroższa, ja pójdę na operację, a ty niczym się nie martw."

Bogu dziękuję za to, że w porę uświadomił mi poprzez swoje Słowo, że aktywność mężczyzny może się zwiększać tylko w miarę dyskretnego wycofywania się kobiety. 

Tyle tylko, że oznacza to teraz, jakoby obciążony tym potwornym ciężarem odpowiedzialności za wszystko, przygnieciony i obarczony jarzmem był mąż. Skoro to taki horror, jak kochająca żona może beztrosko obarczyć nim podobno najbliższą osobę? Podzielenie się obowiązkami i uznanie równej odpowiedzialności za wspólne życie, z zachowaniem prawa do stanowienia o sobie każdej ze stron, jest rozsądną propozycją, by nie obciążać jednej osoby zadaniem ponad siły. Wyobrażacie sobie, że podejmujecie dosłownie każdą decyzję w swoim domu? Ale to absolutnie każdą, od zawodowych posunięć małżonka po wyniesienie śmieci? A wasz partner siedzi jak to cielę i nie decyduje o niczym?

Być może wydaje ci się, że łatwo mi tak postępować, ponieważ mój mąż jest kochającym, oddanym Bogu człowiekiem. Z pewnością Kuba taki jest, ale pamiętaj, że „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą" (Łk 12,48). Ponadto każda z nas ma do dźwigania krzyż swojego, często niełatwego charakteru. I to, że mój mąż jest naprawdę cudownym człowiekiem nie oznacza, że zawsze potrafiłam to dostrzec i docenić. 

Och, zazdrościmy ci wszystkie idealnego męża i tego, że uświadomiłaś sobie, jaki jest idealny. Jak zwykle zresztą, wszystkie problemy mniej idealnych związków zostały sprowadzone do "nieś swój krzyż".

Uległość żony powoduje, że jej piękne cechy, takie jak bystrość, aktywność i religijność szlachetnieją i kwitną. Brak uległości sprawia, że te same cechy wynaturzają się i doprowadzają do zniszczenia relacji. I tak: kobieta swą aktywnością może skutecznie hamować wszelką inicjatywę męża, poprzez swą bystrość wystawiać na pokaz jego tępotę i skutecznie go uciszać, zaś religijność może doprowadzić do sytuacji, w której elokwencja i oświecenie żony staną się początkiem degradacji pozycji męża i ojca w rodzinie.

Oczywiście nic nie szkodzi, jeśli to bystrość męża uwypukli tępotę żony. To tylko ona nie powinna przyćmiewać go swoimi zaletami, żeby nie ranić męskiego ego.

Zatem proszę cię z całego serca, odrzuć skłonność do przewodzenia i ciągłego przekonywania.

Niezależnie od tego, czy twój mąż chce właśnie zastawić wasz dom, by zagrać w kasynie albo czy właśnie romansuje na boku z jakąś panią. 

To, że żona bardzo często jest pierwszą osobą w domu, która wyraźnie słyszy wezwanie Ducha Świętego, nie oznacza, że będzie potrafiła je zrealizować w pojedynkę. Tylko czyste, ciche, cierpliwe, radosne postępowanie żony jest w stanie przygotować męża na "dzień nawiedzenia" - dzień, w którym Pan sam zechce zwrócić się do serca jej męża. Wiele żon nie wierzy w możliwość przemiany współmałżonka, bo tak naprawdę nie dowierza Bogu i wątpi w Jego zainteresowanie "tymi" sprawami. A przecież Bóg nas stworzył, jesteśmy dziełem Jego rąk - kocha nas bezgranicznie i chce być obecny w każdej dziedzinie naszego życia!

Innymi słowy: nieś swój krzyż, nie protestuj, módl się - mąż pewnego dnia cudownie się odmieni. Dodam wykrzyknik na końcu zdania, żeby zabrzmiało bardziej przekonująco!

Jeśli brzemię relacji z mężem jest dla ciebie nie do uniesienia, szukaj wsparcia u ludzi wierzących, przyjaciół, spowiedników, psychologów, którzy ukierunkują twoją pracę nad samą sobą. Pamiętaj bowiem, że nie możesz sprawić, by ktoś porzucił złe postępowanie, ale poprzez przemianę swoich reakcji możesz stworzyć klimat sprzyjający zmianie, a przede wszystkim uchronić siebie przed zniechęceniem, niewiernością czy nawet nienawiścią. 

Prawdą jest, że nie można nikogo do niczego zmusić, przynajmniej jeśli mówimy o zachowaniu cywilizowanym. Natomiast rada "jeśli on robi coś nie tak, to ty powinnaś się zmienić" przerzuca całą odpowiedzialność na kobietę. Niby to mąż ma być tym przewodnikiem stada, ale jeśli on błądzi, to ona powinna... popracować nad sobą. Skoro on dalej błądzi, widocznie ona nawala: nie jest wystarczająco dobra, posłuszna, uległa, rozmodlona.

Zbyt wiele żon jest "uległych" w powszechnym tego słowa znaczeniu, tzn. biernych, czekających na nie wiadomo co, podczas gdy mąż ewidentnie zmierza ku duchowej zagładzie. I zamiast zapłonąć gorliwością o jego zbawienie i dobro ich dzieci, taka żona załamuje ręce, wycofuje się, milczy, naraża się na ataki, nieprzyjemności i pogardę.

Ej no chwila, a co z "wycofywaniem się kobiety", pozostawianiem decyzji jemu itd.?

Albo jeszcze gorzej - odpowiada zniewagą za zniewagę, raną za ranę, grzechem za grzech. Czyż uległość, do której zachęca Pismo Święte nie powinna w tym wypadku polegać na stanowczym stwierdzeniu: "Możesz krzyczeć, ale ja na ten czas zmieniam pomieszczenie" czy "Możesz się nadal nie przejmować swoim piciem, ale ja nie mam zamiaru żyć z dziećmi w takich warunkach". 

Ona zmieni pomieszczenie, on pójdzie za nią do innego i będzie krzyczał dalej. Jakie dalsze kroki przewiduje instrukcja dla uległej żony?

Nie masz zamiaru żyć na takich warunkach? Świetnie, zatem zapraszamy na wyklętą drogę podłych, złych feministek: przejmij stery za dom, zacznij rządzić pieniędzmi (aby mąż nie wydawał ich na picie), odseparuj siebie i dzieci, wyprowadź się, decyduj w 100% o sobie i swoim życiu... oh wait! Ale przecież cały artykuł doradzano ci, abyś tego nie robiła! Abyś nie wyręczała mężczyzny! To on ma podejmować decyzje! Idź zatem do męża i powiedz mu "Kochanie, bardzo mi zależy na tym, żebym wyprowadziła się z dziećmi do czasu, aż zrobisz porządek ze swoim piciem. Oczywiście oznacza to, że z twojego domu znika darmowa służąca i kucharka, wraz z całą jej pensją. Ostateczną decyzję pozostawiam jednak tobie."

Sąd, opinia, mądrość kochającej i pełnej szacunku żony ustrzegła już niejednego mężczyznę od wewnętrznego rozkładu.

Z doświadczeń wielu rodzin, które przetrwały takie kryzysy wynika, że od siedzenia na tyłku i bycia uległą żoną nikt się od niczego nie ustrzegł. Szacunek budzi natomiast właśnie niezależność, umiejętność podjęcia konkretnych działań. Jeśli osoba ulegająca "wewnętrznemu rozkładowi" dostrzeże, że może coś stracić, jest to w stanie ją zmotywować do pracy nad sobą. Ale w tym celu druga strona musi wszystko, tylko nie "być uległą". 

Drogie Panie, nie oszukujmy się, Pismo Święte jest tak samo wymagające zarówno w stosunku do nas, jak i do naszych kochanych mężów. Kolejne wersety biblijne jasno na to wskazują: "Mężowie miłujcie żony, bo i Chrystus umiłował Kościół i wydał za niego samego siebie, aby go uświęcić" (Ef 5,25). Od mężczyzn wymaga się miłości do żon aż do śmierci, od nas - uległości. Mi taki układ odpowiada, ponieważ ufam Bożemu Słowu, że jest prawdziwe. 

To świetnie, natomiast to, że mąż żonę kocha wcale jeszcze nie oznacza, że wie lepiej, co jest dla niej dobre (nawet jeśli jemu się tak wydaje). Są mężczyźni, którzy będą nawet dyktować ukochanej, jak ma ścinać włosy i się ubierać. Bo przecież kochają. Odsuńmy na bok hardkorowe przykłady z alkoholizmem czy zdradami. Częstszym problemem w związkach jest to, że jedna ze stron próbuje zanadto kontrolować drugą. W tym momencie, jeśli przyjmiemy życiową filozofię Żony Spełnionej, nie mamy żadnej możliwości ustrzeżenia się przed taką kontrolą. W końcu jeśli mąż nas zapewni, że kocha, to może kręcić nami, jak chce.

Uprzedzając komentarze: tak, żyć tak też można. I znam takich, co żyją w ten sposób i twierdzą nawet, że są zadowoleni. Ale zapominamy wtedy o partnerstwie.

Niestety, większość żon jest niezadowolona i rozżalona tymi słowami. Dlaczego? Dlatego, że zamiast skupić się na własnej świętości i rozumieniu Pisma jako żywego Słowa, próbują one wszystko zagłaskać, ujednolicić, pomniejszyć. Niedługo okaże się, że przykazanie miłości bliźniego "miłuj bliźniego swego jak siebie samego" (Mt 22, 39) jest ważne tylko wówczas, gdy do czynienia mamy z wierzącym, dobrym, miłym i uprzejmym człowiekiem. A żony mają być uległe swym mężom, tylko gdy uznają ich za godnych tego oddania.

Będę brutalna, ale na tym to polega. Jeśli w związku jedna ze stron robi coś lepiej, to dla wszystkich lepiej jest, żeby się tym właśnie zajmowała. Niestety trudno mi wyobrazić sobie parę, w której mąż absolutnie we wszystkim góruje nad żoną tak, żeby oddanie mu kierownictwa nad całym życiem było uzasadnione.

Wyobraźmy sobie, że żona uwielbia motoryzację, a mąż nie ma do tego ani chęci, ani wiedzy, ani zdolności. Czy w tym momencie to on ma wybrać samochód dla rodziny, skoro oboje wiedzą, że jest mu zasadniczo wszystko jedno? Czy to on ma podejmować decyzje o zasadach jego używania i wydatkach na naprawy, skoro się na tym nie zna? Czy oboje mają się godzić na pewne błędy lub bylejactwo tylko po to, aby on poczuł się doceniony? 

Ktoś zapewne powie, że mogą to zorganizować tak, że ona przedstawia mu swoje zdanie, a on podejmuje decyzję. Jasne, ale to w istocie będzie wtedy jej decyzja, bo on nie będzie miał z czym tego skonfrontować. No chyba że będzie na tyle głupi, by po zapoznaniu się z jej wiedzą zrobić inaczej z czystej przekory. Wtedy ona na pewno będzie tryskać "głębokim zadowoleniem z decyzji podjętej przez męża" or sth.

Żyj normalnie, "kochaj i rób, co chcesz" (św. Augustyn), ale gdy zdarzy się sytuacja, w której będziesz się z mężem spierała odnośnie jakiejś istotnej lub nieistotnej sprawy (imię dla dziecka, rozmiar wanny, sposób spędzenia wakacji, wybór wspólnoty, ilość wizyt u teściowej, kupno butów, garnituru, samochodu, mieszkania, inwestowanie, sprzątanie, cokolwiek), to pamiętaj: po rzeczowym,  być może nawet kilkakrotnym, pełnym pasji i miłości przedstawieniu swojego zdania, powiedz mężowi: "...ale decyzję pozostawiam tobie". I bądź zadowolona, nawet gdy sprawy pójdą w niezbyt pomyślnym kierunku.

Bądź zadowolona, gdy decyzja męża narazi was na zagrożenie, utratę zdrowia, straty finansowe. A następnie pozostaw mężowi decyzję co do tego, jak te straty naprawić. Bądź zadowolona, gdy okaże się, że naprawę strat on przerzuci na twoje barki ("kochanie, właśnie podjąłem decyzję, że możesz wziąć nadgodziny, abyśmy kupili drugi samochód w miejsce tego, który rozbiłem po pijaku"). Bądź zadowolona, gdy okaże się, że mąż podejmuje wyłącznie decyzje korzystne dla siebie samego.

Ty widzisz tylko fragment rzeczywistości, lecz Bóg wykorzysta tę sytuację, by pokazać twemu mężowi wagę jego powołania i odpowiedzialności.

Raczej pokaże mu idealną okazję, aby zawsze wybrać opcję dla siebie wygodną. Na przykład, jeśli dziecko zrzyga się na świeżo wypastowaną podłogę i decyzja będzie dotyczyła tego, kto ma posprzątać.

Masz się normalnie zachowywać, przewidywać, planować, towarzyszyć, pomagać, rozmawiać, zauważać, wskazywać, główkować, ale jednocześnie gdy zajdzie taka potrzeba, poddać się autorytetowi męża. Wybacz droga Żono, ale ja naprawdę nie jestem w stanie przekazać ci dokładnej instrukcji obsługi twojego męża, ponieważ jest on osobą, a nie rzeczą, poza tym jest on twoim mężem, a nie moim... 

Czyli: nie do mnie pretensje, gdy okaże się, że moje światłe rady wpędziły cię w jeszcze gorsze relacje z mężem.

Być może rozważając te treści, odkryjesz w sobie jakieś zakurzone marzenia czy niewyleczone rany. Jeśli napotkasz duże trudności, pomódl się do Pana. Weź Słowo Boże i czytaj. Bóg widząc twoje otwarte serce wskaże ci te wszystkie "szczytne sprawy", na których ci zależy bardziej niż na... okazaniu szacunku swojemu mężowi.

Wiadomo bowiem, że jakie szczytne by nie były te twoje jakieś tam marzenia czy obawy, nie są tak ważne jak okazywanie szacunku mężowi. Czyli zawsze podleganie jego decyzji. 

(...) uległość - ta szczera, wypływająca z serca jest... zaraźliwa. Nim się obejrzysz, twój mąż zacznie się coraz bardziej liczyć z twoim zdaniem, bo uzna cię za prawdziwe wsparcie, niezbędną partnerkę, najlepszą przyjaciółkę i inspirującego rozmówcę.

A jeśli jakimś przypadkiem nie uzna, to... wybacz czytelniczko - to twój mąż, nie mój, mój jest ideałem, a przynajmniej mogę tak napisać w blogowym wpisie...

wtorek, 28 października 2014
Żywsza reakcja cielesna na polu działań, czyli o czystości jeszcze słów kilka

Przeskakując sobie bezcelowo po necie trafiłam na taką stronę. Sam tytuł Żona Spełniona przyciągnął jak magnes, a jak zaczęłam czytać, to wsiąkłam do reszty.

Z uwagi na popełnienie już jakiś czas temu wpisu o tzw. czystości przedmałżeńskiej, pozwolę sobie pewnych argumentów nie powtarzać. Tym razem otrzymujemy jednak całkiem nowy zestaw parafialnych mundrości, dlatego - bierzcie i enjoycie z tego wszyscy.

Warto czekać ze współżyciem do ślubu! I to nie tylko ze względu na przykazanie: „nie cudzołóż”, ale także ze względu na wiele innych czynników, o których chcielibyśmy wraz z mężem opowiedzieć.

Uwielbiam, jak oni racjonalizują. Tak jakby sama wierność wierze nie była wystarczająco dobrym powodem, aby żyć w dany sposób. Nie, najgorliwsi katolicy muszą znaleźć tysiąc "absolutnie niereligijnych" powodów, dla których ich sposób życia jest najsłuszniejszym. Czyżby sami podświadomie uważali to za gruby paździerz? A może to takie chitre nawracanie - wmówmy ludziom, żeby zaczęli pościć w piątki, a ani się obejrzą, obudzą się na pielgrzymce?

Na ogół dziewczyna oddając się chłopakowi przed ślubem, nie jest pewna w głębi duszy, że robi dobrze. Z mojej obserwacji wynika, że im mniej kochana czuła się dziewczyna w swoim domu rodzinnym (zwłaszcza przez ojca), tym wcześniej i częściej decyduje się na seks w nadziei, iż otrzyma miłość, której tak bardzo jej brakowało.

Pochylmy się nad tym fragmentem. 

Na ogół dziewczyna oddając się chłopakowi przed ślubem, nie jest pewna w głębi duszy, że robi dobrze.

1. Skąd wiadomo, że "na ogół" - nie dowiemy się, zapewne znowu jakaś głęboka analiza oparta na "ja i moi znajomi z kółka różańcowego". 

2. OK, ale przyjmijmy, że takie osoby są, bo czemu nie. Czy przypadkiem nie czują się źle dlatego, że ludzie w stylu autorki strony wmawiają jej co chwila, że powinna się wstydzić? 

3. Czy same wątpliwości przesądzają o czymkolwiek? Wiele osób nie czuje się zbyt pewnymi idąc do ołtarza na przykład...

Z mojej obserwacji wynika, że im mniej kochana czuła się dziewczyna w swoim domu rodzinnym (zwłaszcza przez ojca), tym wcześniej i częściej decyduje się na seks w nadziei, iż otrzyma miłość, której tak bardzo jej brakowało.

Cóż za głęboka analiza rodem z telenowel. Tym bardziej, że rodzice to łatwy chłopiec do bicia, szczególnie ojciec. Cokolwiek zrobi w życiu córka, jakiego błędu nie popełni, to na pewno wina jej ojca. Niewyobrażalne, jaką ten ojciec ma władzę nad seksualnością córki! Przy okazji motywacje kobiet do uprawiania seksu sprowadzono do jednego mianownika - wszystkie szukamy ojcowskiej miłości. Li i jedynie.

Niestety, temu współżyciu towarzyszy zwykle poczucie winy oraz żal.

Mon Dieu, a jeśli nie towarzyszy? Tak wiem, autorka nie przewiduje takiej opcji. Przedmałżeński seks tylko ze łzami w oczach, po cichu, ukradkiem, bez przyjemności i ze zdjęciem zimnego ojca w dłoni, zroszonym łzami.

Wyrzuty sumienia są szybko uspokajane przez „życzliwe” koleżanki, gazety typu „Bravo” czy książki, w których młodzież uczona jest, w jaki sposób korzystać ze środków antykoncepcyjnych.

Środki antykoncepcyjne mają potęgować grozę tej emocjonalnej pustyni? Dają +20 do poczucia bycia niekochanym przez ojca?

W serce każdej dziewczyny wpisana jest naturalna wstydliwość oraz pragnienie, by mężczyzna ją zdobywał, szanował.

Interesujące, że wstydliwość jest wdrukowana tylko w serce dziewczyny. Serce męskie bezwstydnym jestem. I stąd się potem biorą ci zimni ojcowie. 

Nie będę się już rozwodzić nad tym, że szacunek czy zdobywanie nie musi mieć nic wspólnego z kurczowym zaciskaniem kolan. Zadziwiające, że niekatoliccy mężczyźni potrafią szanować kobietę uprawiając z nią seks (ciekawe zresztą, jak potem taka katolicka żona godzi pożycie seksualne z szacunkiem i zdobywaniem - skoro mąż już ją zdobył, to nie powinien już chyba szanować, jeśli kierujemy się logiką ludzi jednorazowego użytku?), a na dodatek nie dzielą kobiet na "zdobyte" i "niezdobyte". Logika rodem z gimnazjalnej szatni. 

Młode kobiety często marzą o opiekuńczym, walecznym rycerzu. Chcą być postrzegane przez swych ukochanych jako piękne, dobre i wartościowe.

Oczywiście, jeśli pójdą z mężczyzną do łóżka, ten natychmiast zmienia o nich zdanie. Wyobracana delikwentka natychmiast w oczach kochanka jawi się pustą maszkarą o okropnym charakterze. Żywiołowy wstręt mężczyzny do kochanki zaraz po odbytym stosunku jest powszechnie obserwowany.

Mężczyźni z reguły mają żywszą reakcję cielesną aniżeli uczuciową, dlatego gdzieś w głębi serca oczekują, że dziewczyna postawi granice. W przeciwnym wypadku jest im bardzo ciężko powstrzymać się przed cielesnym kontaktem. 

Czytam, czytam i nie ogarniam. Z jednej strony autorka przedstawia mężczyzn jako samców tak napalonych, że ledwie nad sobą panują, z drugiej uważa, że taki napalony buchaj skrycie marzy o stawianiu mu granic i zaciskaniu kolanek. No zdecydujmy się na coś.

Być może niezbyt elegancko to zabrzmi, ale mężczyzna nie płaci sobą za akt seksualny. Płaci za to kobieta, którą ten akt dużo kosztuje (ona jest niejako „terenem działania”, przyjmuje do siebie mężczyznę, ponadto w jej łonie może począć się dziecko). I nie są to nasze słowa, lecz Wandy Półtawskiej, która wiele ma do powiedzenia, nie tylko na ten temat. 

Przyznam bez szydery, że ten fragment jest po prostu obrzydliwy. Seks jako handel wymienny, "płacenie sobą", "teren działania"... przeciętny katolicki mężczyzna według autorki to taki napalony typek, który chce jak najszybciej zamoczyć, a po wytarciu członka w firankę nabiera wtrętu, a ewentualnymi konsekwencjami niech się ona martwi, bo on opuścił "teren działań"? Jedyną radą, jaką można udzielić dziewczynie w takiej sytuacji jest to, aby poszukała sobie kogoś wyznającego inny system wartości. 

Zauważmy też, że od początku tekstu nie padło ani jedno słowo o jakiejkolwiek przyjemności kobiety z seksu. Nie ma śladu podejrzenia, że ona mogłaby dążyć do tego bezecnego aktu przedmałżeńskiego dla własnej frajdy. Jest za to podkreślanie, że to mężczyźnie sperma zalewa mózg, że dąży on do swojej egoistycznej zabawy. Kobieta, jeśli już, może mężczyźnie dać się pobawić na "polu działań" i zapłacić tę ciężką, straszliwą cenę za jego przyjemność tylko pod warunkiem, że on jest na amen zakontraktowany. Inaczej znoszenie tych udręk jest po prostu idiotyczne, prawda? Mężczyznę trzeba uwiązać ślubem, bo inaczej by tylko zaliczył i uciekł do innej, odrzuciwszy kochankę ze wzgardą.

Nie wiem jak czytający to panowie, ale ja bym się takim obrazkiem poczuła obrażona. 

Mężczyzna z kolei często czuje się rozczarowany dziewczyną, która zgodziła się pójść z nim do łóżka.

Bo...? Nie, nie liczcie, że się tego dowiecie. Jak widać, seks przedmałżeński to bardzo bolesne przeżycie dla obu stron. Same katusze!

Seks przyniósł mu chwilową przyjemność oraz odprężenie, ale on marzy o tej jedynej, upragnionej – kobiecie, którą nie tak łatwo zdobyć.

Ciśnie mi się na usta pytanie, na jakiej wiedzy autorka to zdanie oparła. Bo na moje oko to jest projekcja fantazji katolickiej kobiety: aby on gardził "łatwymi kobietami" i wzdychał do tej niedostępnej. 

W przyrodzie takiego okazu nie spotkałam. Nawet jak który marzył o poślubieniu dziewicy albo sobie jakiś niedostępny ideał gloryfikował w myślach, to wcale mu to nie przeszkadzało prowadzenia normalnego współżycia seksualnego.

Im bardziej infantylną psychikę ma młody mężczyzna, tym szybciej dąży do współżycia, ponieważ nic innego nie ma do zaoferowania swojej wybrance.

A nie ma nic innego, bo...? A, już wiem, ta sperma mózg zalała i wyżarła wszystkie wyższe uczucia. Reset systemu możliwy tylko przed ołtarzem - jak któraś doprowadzi delikwenta do ślubu z zaciśniętymi szczelnie kolankami, to się takiemu od razu przywrócą domyślne ustawienia i zacznie wielbić oraz szanować tę jedną, jedyną. 

Często mówi się, że seks jest dowodem miłości. Najpiękniejszym dowodem miłości, jaki mogłam dać mojemu mężowi, jest fakt, że czekałam na niego i broniłam swego dziewictwa także przed… nim samym! 

Wybaczcie dosadność, ale wiele takich świadectw nasuwa mi podejrzenie, że w takiej sytuacji mężczyzna faktycznie bardzo chce tego ślubu, aby jak najszybciej "zamoczyć". 

Przed ślubem często toczy się duchową walkę o to, by nie współżyć. W małżeństwie – wręcz odwrotnie! Zwłaszcza żony powinny pamiętać, aby zmęczenie, dzieci, różne troski i sprawy, jakieś urazy czy kłótnie nie były powodem do unikania zbliżenia.

I znowu - seks jest monetą, którą żona płaci mężowi za to, że jest grzeczny. I jak zwykle, potrzeby kobiety nie mają tu żadnego znaczenia. Przed ślubem ma nie dawać, po ślubie ma dawać. I już.

Rozumiem współczesną młodzież, która w poszukiwaniu miłości sięga po zakazane owoce. 

Z czego wniosek, że gdyby ta młodzież seksiła się bez emocjonalnych złudzeń, to wszyscy byliby szczęśliwi.

Wstrzemięźliwość przed ślubem uczy młodych ludzi okazywania sobie innych znaków miłości: liczy się wówczas gest, list, spacer, wspólna rozmowa, pasje, zainteresowania. 

Pary uprawiające seks niestety często pomijają te aspekty w związku. W zasadzie od kiedy po raz pierwszy zrzucą ubrania, gżą się nieustannie, często jeszcze w drodze do ołtarza/USC. Nie mają zwyczajnie czasu okazywać sobie miłości inaczej, nie chodzą na spacery, nie mówiąc już o swoich pasjach i zainteresowaniach.

Okazuje się, że zaczynamy rozmawiać nie tylko o naszych zaletach, ale też wadach. Nie tylko się przytulamy, ale przyglądamy rodzinie, z której pochodzi nasz ukochany. Jestem zaskoczona, jak wielu ludzi nie porusza przed ślubem ważnych tematów, np. ile chcieliby mieć dzieci, jakie mają trudności w okazywaniu miłości, czego się boją, o jakiej marzą pracy. Zamiast takich rozmów młodzi zakochani bawią się w małżonków spędzając każdą wolną chwilę w objęciach, spoza których nie widać reszty świata.

Na poważnie: jest dokładnie odwrotnie. Można walić ściemę w rozmowie na proszonym obiadku, ale w łóżku dużo ciężej. Wszystkie wady wyłażą na wierzch, aż miło. Problemy z okazywaniem miłości i komunikacją także.

Nic nie tracisz czekając z seksem do ślubu. Zyskujesz natomiast pokój serca oraz szacunek przyszłego współmałżonka i dzieci.

Jak można mieć pokój serca, skoro się nie zna przyszłego małżonka z najbardziej intymnej, najwrażliwszej, najprawdziwszej strony? 

Być może jednak twoje myśli są teraz bolesne, pełne żalu: do siebie, do męża... Nie trap się: to, co było, minęło, a Bóg stwarza wszystko nowe. Dla Niego jesteś czysta, niewinna jak dziecko, jeśli wykąpałaś się w Jego Krwi.

Wykąpałaś się w jego krwi...?

Okej, nie chcę wiedzieć.

Jest tego więcej, zatem możecie się spodziewać niedługo kontynuacji. 

22:27, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (17) »
piątek, 17 października 2014
Przerwa na reklamę

Pewnie to tylko pretekst do szumu, ale taki szum akurat warto robić. Nie wszyscy jesteśmy "95% katolikami". A poza tym towarzystwo jest niezłe.

Apel do władz w sprawie klerykalizacji kraju

19:19, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 września 2014
Czy ateizm strzela ślepakami?

Kolejny ksiądz postanowił pochylić się nad nami, biednymi ateuszami (tak, to model nawracania zwany "głaskaniem po główce"). Przy okazji tekst nie jest złożony w całości z wynurzeń niewątpliwego geniuszu autora, lecz zawiera trochę ciekawych wiadomości merytorycznych o tzw. kampanii ateizmu w krajach zachodnich, więc polecam przeczytać. Pominiemy część informacyjną i skupimy się zatem na publicystycznej. 

Główną ideą jest "napisaliście, że Boga prawdopodobnie nie ma? Czyli sami nie wiecie? Szach mat ateiści!"

"Użycie przez inicjatorów reklamy owego „prawdopodobnie” zdradza, że sami pomysłodawcy zdają sobie sprawę, iż strzelają ślepakami."

Nic bardziej mylnego. Każdy poważny ateista wyśmiewa sztandarowy argument katolskiego trolla "udowodnij, że nie ma X". Nie można ze 100% pewnością twierdzić, że nie ma czegokolwiek, łącznie z kosmicznym czajniczkiem Russella, Latającym Potworem Spaghetti i Smerfami. 

Zresztą sam Dawkins, guru ateistów i „duchowy ojciec” przedsięwzięcia, czwarty rozdział swojej książki opatrzył tytułem „Dlaczego niemal na pewno Boga nie ma”. Podobną myśl znajdujemy u o. Cantalamessy, w którego krytyce dostrzegamy echo słynnego zakładu Pascala: „«Bóg prawdopodobnie nie istnieje»: a zatem być może jednak istnieje, nie można całkowicie wykluczyć, że jest.

Dawkins zrobił to z intelektualnej uczciwości, której nie reprezentują niestety jego oponenci, fapując maniakalnie, że "NAWET Dawkins nie jest 100% ateistą".

Przesłanie kampanii jest więc jednoznaczne: „Boga prawie na pewno nie ma”, ale „prawie” – jak wiemy, i to z reklamy – robi różnicę.

Niestety, nie robi to absolutnie żadnej różnicy. To znaczy, robi to różnicę tylko nawiedzonym nawracaczom, rzucającym się na to słówko "prawdopodobnie", "niemal na pewno" itd. z kompletnie nieadekwatną ekscytacją. Drodzy wierzący, jeśli Dawkins stwierdza, że "Boga niemal na pewno nie ma", to wcale nie oznacza to, że za chwilę go nawrócicie. On po prostu zostawia margines błędu, z szacunku dla nauki.

Paul Woolley z instytutu Theos zauważył, że wezwanie do cieszenia się życiem raczej z trudnością trafi do tych, którzy w okresie kryzysu żyją realnym niepokojem utraty domu czy pracy.

No i co z tego? Bóg nie istnieje (lub istnieje) niezależnie od tego, czy podmioty w niego wierzące lub niewierzące mają w życiu łatwiej czy trudniej. Zresztą, argument jest obosieczny: jaką wartość ma wiara, jeśli stanowi tylko plasterek na ogólną życiową chujozę?

Jeszcze dalej w swej krytyce poszedł o. Raniero Cantalamessa, który stwierdził, że „ateizm jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić ci, którzy są uprzywilejowani przez życie, ci, którzy otrzymali wszystko”. Krytyka ze strony kaznodziei papieskiego była tym dotkliwsza, iż została wygłoszona w tygodniu tragicznego trzęsienia ziemi w Abruzji.

Znowu: rażącym i nieprawdziwym uproszczeniem jest to, jakby "w okopach nie było ateistów", bowiem wystarczy poczytać o ludziach, którym życiowe dramaty odebrały wiarę. To jedno. A drugie: faktem jest, że ludzie w obliczu strachu i cierpień chwycą się wszystkiego, byle je zminimalizować. Ludzie się nawracają? Owszem. Ale już rzadziej mówi się o tym, że ci sami ludzie czasem natychmiast później chwytają się na przykład New Age, kiedy klepanie różańcom do Matki Boskiej z Guadelupe nie spełnia ich oczekiwań. Nie mówi się także o tym, jak długo utrzymuje się to cudowne nawrócenie wśród ludzi, którzy wyzdrowieli/znaleźli pracę/ocaleli z powodzi, pożaru, wojny, epidemii itd. 

Cierpienie pozostaje dla wszystkich tajemnicą, szczególnie cierpienie niewinnych, jednak bez wiary w Boga staje się ono bezdennie absurdalne – przypomniał papieski kaznodzieja. 

Zła wiadomość dla kaznodziei: cierpienie JEST bezdennie absurdalne. Czego najjaskrawszym dowodem jest to, że jednak sami wierzący obsesyjnie cierpienia unikają, zamiast cieszyć się jego głębokim sensem.

Jednocześnie Cantalamessa postawił tezę, że cierpienie jest szansą dla ateistów. „Podobnie jak reszta ludzkości, cierpią w życiu również ateiści. A cierpienie, od kiedy Syn Boży wziął je na siebie, ma niemal sakramentalną siłę odkupieńczą”. Chrystus jest bowiem obecny w każdym cierpieniu, bez względu na to, czy został do niego „zaproszony”.

Piękna mowa-trawa, ale czy cokolwiek z tego wynika? Czy coś realnego wynika dla ludzi, do których cierpienia "Chrystus został zaproszony"? Poza tym, że czują się ważniejsi? 

Na koniec mamy psychoanalizę dla ubogich:

Po pierwsze, jest to ateizm, który nie usiłuje zrozumieć wiary w Boga.

To straszne. Świat nie kręci się wokół nas!

Biorąc nawet poprawkę na fakt, że kampania zrodziła się jako odpowiedź na określoną wizję wiary (skupioną na potępieniu niewierzących), to jej autorzy postrzegają wiarę jako zniewolenie, a dopiero niewiarę jako wyzwolenie się z okowów, które właściwe są wierze w Boga. Po wtóre (przede wszystkim w wersji niemieckiej), jest to ateizm zazdrosny, poszukujący innej recepty na szczęście niż Bóg.

Wow, nie wiedziałam, że szukanie własnej drogi w życiu to zazdrość. Ksiądz Draguła bardzo sprytnie przemyca tutaj supozycję, że tylko wiara ma "receptę na szczęście" i ateizm próbuje ją zazdrośnie "przechwycić". Bo przecież zazdrości się tego, czego się nie ma, prawda? Tym samym ksiądz, zarzucając ateistycznym hasłom różne ukryte sugestie, bawi się tak samo brzydko. A fe!

Po trzecie, jest to ateizm skażony niepewnością.

Mam dla księdza niesamowitą informację: całe ludzkie życie jest skażone niepewnością. Całkowicie pewnie swego i zadowoleni z siebie są tylko idioci.

O ile wiara w Boga zasadza się na pewności Jego istnienia – oczywiście nie na pewności empirycznej, ale na pewności wiary – o tyle prezentowany tutaj ateizm wyrasta jedynie z prawdopodobieństwa nieistnienia Boga, a więc, w konsekwencji, z założenia, że Bóg może równie dobrze istnieć.

Nie, do jasnej cholery, wcale nie RÓWNIE DOBRZE. To, że zostawia się margines błędu swoim przekonaniom nie oznacza, że daje się szansę 50/50!

W ten sposób ateizm z kampanii reklamowych staje się w gruncie rzeczy wiarą a rebours, wiarą niepokoju. 

Chcielibyście :)

Przyjęcie możliwości nieistnienia Boga zakłada przecież uprzednią możliwość Jego istnienia oraz posiadanie jakiegoś obrazu czy pojęcia Boga. Istotą tego ateizmu nie jest więc odrzucenie samego istnienia Boga, ale odrzucenie wiary rozumianej jako „powierzenie się Bogu”, czyli uzależnienie swojego życia od Jego istnienia. 

Tak ładnie ksiądz dotąd pisał, a kompletnie na końcu się wykopyrtnął. To elementarne, że jeśli odrzuca się istnienie jakiejś siły nadprzyrodzonej, odrzuca się także uzależnienie swojego życia od niej. Jeśli ktoś uważa, że Bóg jest, ale żyje dokładnie odwrotnie od jego "zaleceń", to jest samobójcą i kretynem. Osoby odrzucające boskie "zalecenia" zazwyczaj albo zawieszają swoją wiarę w Boga, albo przynajmniej poddają w wątpliwość, czy Bóg istotnie dał takie zalecenia, jakie się powszechnie uznaje. Innymi słowy, cała masa "wierzących niepraktykujących" wierzy po prostu w trochę innego Boga. 

Ateistyczna kampania nie chce w gruncie rzeczy powiedzieć, że Boga nie ma, ale że są ludzie, którzy chcą żyć jakby Go nie było, gdyż przeszkadza im On w życiu radosnym i spełnionym. 

Oj, brnie ksiądz po kostki w gównie, próbując wcisnąć na ateistyczne billboardy idee, których tam nie ma. Spieszę z pomocą: nie doszukujmy się drugiego dna i nie róbmy z ateistów "ukrytych wierzących". Wymyślający owe hasła ateiści nie mieli na myśli nic podobnego, ponieważ nie popełniają intelektualnego nadużycia, jakie popełnił autor artykułu - to znaczy, że brak 100% pewności co do nieistnienia Boga oznacza uznanie jego istnienia. 

W światopoglądzie ateistycznym nie ma myślowego potworka pod tytułem "żyć tak, jakby Boga nie było". To jest wynalazek typowo chrześcijański.

Jeśli religia to pozostawanie w relacji do Boga, to w gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia również z jakąś formą religii, tzn. religijnego spojrzenia na własne życie – religijnego, bo choć negatywnie, to przecież uwzględniającego Boga.

Tak, a łysy jest kolorem włosów.

Wydaje się jednak, że nie chodzi tutaj tylko o obecność w sferze publicznej i prawo do bycia zauważonym. Chodzi raczej o swoisty „kerygmatyczny zapał” wynikający ze wspomnianej niepewności. 

Arcyciekawe stwierdzenie! W takim razie kerygmatyczny zapał misjonarzy i różnych podrzędnych nawracaczy wynika z niepewności co do Boga?

Ależ nie! Ksiądz bowiem natychmiast zastrzega, że jego własna reguła się własnych ziomali nie tyczy:

O ile bowiem chrześcijanie podejmują działanie misyjne, by z innymi dzielić swoje szczęście płynące z pewności wiary, o tyle „ateiści dewocyjni” podejmują „przepowiadanie niewiary”, by nie pozostać samotnym w swojej niepewności.

TADAM! Szach mat, ateiści!

16:13, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (28) »
czwartek, 11 września 2014
Przerywniik humorystyczny (chrzciny edyszyn)

Znajomy opowiada anegdotkę:

- A ostatnio jedziemy samochodem, z tyłu mała i teściowa, mijamy kościół, a młoda jak nie wypali "tata, a co to jest?". Spojrzenie teściowej - bezcenne...

Jeśli wasze dziecko ma ten sam problem, że świątyń na ulicy nie rozpoznaje - wypiszcie z religii. Apostazja podobno gratis. 

Tagi: dzieci humor
20:07, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
środa, 27 sierpnia 2014
Jak nie zostaliśmy chrzestnymi

Chrzestny to jest ciekawa społeczna instytucja. Zabawne, jak silnie wciąż pokutuje przesąd, że chrzestny jest zastępczym rodzicem na wypadek śmierci biologicznych. Pamiętam, że w dzieciństwie cały czas mnie okropnie zastanawiało, jak by to wyglądało w praktyce. Czy tata ożeniłby się z moją chrzestną? Ale ona ma męża! A może moi chrzestni musieliby wziąć ślub, żeby mnie wychować? A jeśli ktoś ma więcej chrześniaków, to którym miałby się zająć? No i co z moją siostrą, przecież ona ma zupełnie innych chrzestnych? Czy by nas wtedy rozdzielili? 

Tyle rozważań małej dziewczynki. Potem dorosłam i kapnęłam się, że po śmierci rodziców istnieją takie instytucje jak dziadkowie, rodzeństwo rodziców itd., ale w dalszym ciągu nie było dla mnie jasne, czy chrzestny ma w moim życiu pełnić jakąś rolę. Prezentów na osiemnastkę nie dostałam żadnych, na ślubie był tylko chrzestny i to jakoś tak w sumie rzutem na taśmę, bo akurat z daleko przyjechał. Dobrze, że mi go rodzice przedstawili, bo od komunii człowieka nie widziałam. W każdym razie żadne z nas tego chrzestnowacenia nie przeżywało i z tego, co się zorientowałam w rozmowach ze znajomymi, jest to sytuacja raczej powszechna. Oczywiście nie neguję faktu, że dla kogoś chrzestny jest po prostu członkiem rodziny lub jej bliskim przyjacielem. 

Tymczasem koleżanka się kiedyś wyżaliła, że wszystkie jej przyjaciółki antykościelne (tak, to pod moim adresem też było), więc nie ma kogo na chrzestną wziąć i cyt. "jej dziećmi zajmują się jacyś inni ludzie, a wolałabym, żeby wy". W odpowiedzi polałyśmy dziewczynie wina i wytłumaczyłyśmy, że jak kiedyś wpadnie pod tramwaj, to się jej potomstwem chętnie zaopiekujemy, ale niech w związku z tym nie angażuje nas w przynoszenie kartek z parafii, przystępowanie do spowiedzi i generalnie udawanie kogoś, kim nie jesteśmy. 

Z drugiej natomiast strony, jeśli by ktoś chciał być autentyczny i całą zabawę traktować poważnie, to też ma pod górkę. Szwagier chciał ochrzcić dziecię, po krótkim namyśle uznali z żoną, że brat (czyli mój mąż) się do zostania chrzestnym nie nadaje. Dla nas spoko luz, dla nich chyba też, po prostu wzięli innych chrzestnych. Natomiast im bliżej samego chrztu, tym atmosfera w rodzinie stawała się dziwniejsza. Ponieważ po drodze okazało się, że w rodzinie jest foch przez wielkie F. Szwagierka zagadała mnie kiedyś na boku, w ciom dieła. Ustaliłyśmy, że jeśli chodzi o nas, to nic się nie dzieje. Ich decyzję szanujemy, z faktu nieobłożenia nas tym zaszczytem nawet się cieszymy. Oni się cieszą, że my się cieszymy i w ogóle panuje taki czilaut, że Bob Marley poczerwieniałby z zazdrości. 

Jednakowoż focha strzelił teść. Bo jakże to tak. Nikt z naszej rodziny nie jest chrzestnym? A dlaczego miałby być? "Bo tak zwykle jest". Nastąpiła na dodatek jakaś wymiana zdań pomiędzy nim a teściową, po której on doszedł do wniosku, żeśmy "niegodni". I się obraził, chociaż generalnie na kościelne zaszczyty smarcze zielonym glutem. Zaraz po nim obraziła się jego mama, czyli babcia. Chyba dla towarzystwa. Najzabawniej, że tym razem teściowa zachowuje się bardzo rozsądnie i broni prawa młodych do własnej decyzji, a nie męczenia się wszystkich w imię konwenansów. To jest akurat fajne u ludzi mocniej wierzących: zwykle traktują swoją wiarę poważnie. 

Chrzciny to dla niewierzących trudna okazja, właśnie z uwagi na ten aspekt społeczno-rodzinny. Z jednej strony to religijna rola, przynajmniej dla niektórych. Z drugiej, znacznie częściej, propozycja zostania chrzestnym to zaszczyt i objaw przyjaźni, którego odrzucenie jest afrontem. Można machnąć ręką na zasadzie "chcą szopki, będą mieli", jak mój kolega, który został dubeltowym chrzestnym dzięki sprokurowanej "karteczce", bo chciał zrobić przyjemność siostrze. Można też iść w zaparte i odmówić robienia przedstawienia. Co więcej, chrzestny ma nieco więcej kontaktu z instytucjonalną religią niż chociażby świadek ślubu - bo komunia, bo spowiedź, wreszcie jakaś opinia od proboszcza jest często egzekwowana. 

A wy? Macie jakieś doświadczenia?

22:38, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (14) »
sobota, 28 czerwca 2014
Ja nie widziałam tego spektaklu, ale kiedy go oglądałam, to mnie obrażał

Byłam na Golgota Picnic, z czystej ciekawości, o co tyle szumu. Niestety po obejrzeniu dalej nie wiem. Spektakl jest mocno bełkotliwy i przede wszystkim nudny w chuj, chociaż ma błyskotliwe przebłyski i znam osoby, którym się nawet podobało (chociaż bez fajerwerków). Terlikowski i koledzy zrobili Garcii mocną przysługę, bo z niszowego spektaklu hit, który każdy chce obejrzeć. Przy czym chyba sami krucjatorzy różańcowi nie zdają sobie sprawę, jaką są skuteczną reklamą dla tego typu dzieł i dziełek. Od lat zresztą powtarzam znajomym artystom, że powinni zajawki swojej twórczości, wraz z odpowiednio zbulwersowanym komentarzem, podrzucać na forum Frondy, byle tylko zyskać etykietkę "kontrowersyjnych". Potem już samo pójdzie, podniecony tłum rzucający się na dzieła, nagle cały kraj zna twoje nazwisko i tytuł, wywiady na czołówkach, 5 miliardów wyszukiwań w Google, fanpage na fejsbuku lajkuje 10 milionów osób, te sprawy. 

I już nie chodzi nawet o tłumaczenie ludziom, co słusznie uczynił reżyser (swoją drogą uśmiałam się czytając jego wyjaśnienie dla maluczkich "o co w mej sztuce chodzi"), że nie zaszła żadna religijna cenzura, bo ani łyse pały ani babcie z koronkami nie mają żadnej mocy, aby odwołać przedstawienie. Festiwal Malta rymnął na kolana i ocenzurował się sam. Aczkolwiek tutaj muszę przyznać słuszność jednemu znajomemu, że być może jest to takie odwołanie "z własnej woli" jak czasem "z własnej woli" oddaje się pieniądze troskliwym panom ("masz jakiś problem") w ciemnych uliczkach pod blokiem. 

Nie chodzi też wcale o podkreślanie, że cała awantura jest odwracaniem kota ogonem, bo znowu ludzie, którym nikt do obcowania z jakimś rodzajem sztuki nie zmusza, czują się nim atakowani i obrażani. Jak to ktoś słusznie zauważył, katolicy są w Polsce tak prześladowani, jak Niemcy przez Żydów przed 1939 rokiem. Mityczna mniejszość uciska większość - jeśli nie czynnie (bo tutaj ciężko coś takiego wskazać) to samym tym, że JEST, że myśli i zachowuje się inaczej. 

Tutaj nie chodzi o żadną dyskusję: ani nad sztuką, ani nad wolnością słowa, ani nad granicami prawa protestu, kompletnie też nie chodzi o to, czy sztuka jest po prostu dobra. Chodzi o igrzyska. Katolicy rzucili się na Garcię, by zademonstrować samą swoją obecność, pohuczeć w mediach. Podobny efekt jak gwizdanie na cmentarzu podczas pogrzebu. Tych kiboli nie interesuje dyskusja o sztuce ani wolności słowa. Oni woleliby, żeby krytycy z lewicujących czasopism i portali wyszli naparzać się z nimi na gołe klaty pod teatrem. Wtedy ktoś by komuś mocniej przypierdolił i kwestię rozstrzygnął, tak jak rozstrzyga się kwestię "czyj klub rzondzi". Przykro mi rozczarować tych dżentelmenów, ale lewacy chyba nie dojrzeli jeszcze do posiadania własnej bojówki, która kastetami szerzyłaby tolerancję i wolność słowa, tak jak wy glanami szerzycie miłość bliźniego i patriotyzm. Cywilizowani panowie w kraciastych marynarkach ani panie w pretensjonalnych okularach nie wyjdą się z wami lać.

Na razie.

13:14, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16