Centrala antyewangelizacyjna w Twoim domu
Zakładki:
Ateizm
Inne
Katoliccy publicyści
Know-how
Nauka
Religijne
Tagi
PustaMiska - akcja charytatywna
RSS
sobota, 28 czerwca 2014
Ja nie widziałam tego spektaklu, ale kiedy go oglądałam, to mnie obrażał

Byłam na Golgota Picnic, z czystej ciekawości, o co tyle szumu. Niestety po obejrzeniu dalej nie wiem. Spektakl jest mocno bełkotliwy i przede wszystkim nudny w chuj, chociaż ma błyskotliwe przebłyski i znam osoby, którym się nawet podobało (chociaż bez fajerwerków). Terlikowski i koledzy zrobili Garcii mocną przysługę, bo z niszowego spektaklu hit, który każdy chce obejrzeć. Przy czym chyba sami krucjatorzy różańcowi nie zdają sobie sprawę, jaką są skuteczną reklamą dla tego typu dzieł i dziełek. Od lat zresztą powtarzam znajomym artystom, że powinni zajawki swojej twórczości, wraz z odpowiednio zbulwersowanym komentarzem, podrzucać na forum Frondy, byle tylko zyskać etykietkę "kontrowersyjnych". Potem już samo pójdzie, podniecony tłum rzucający się na dzieła, nagle cały kraj zna twoje nazwisko i tytuł, wywiady na czołówkach, 5 miliardów wyszukiwań w Google, fanpage na fejsbuku lajkuje 10 milionów osób, te sprawy. 

I już nie chodzi nawet o tłumaczenie ludziom, co słusznie uczynił reżyser (swoją drogą uśmiałam się czytając jego wyjaśnienie dla maluczkich "o co w mej sztuce chodzi"), że nie zaszła żadna religijna cenzura, bo ani łyse pały ani babcie z koronkami nie mają żadnej mocy, aby odwołać przedstawienie. Festiwal Malta rymnął na kolana i ocenzurował się sam. Aczkolwiek tutaj muszę przyznać słuszność jednemu znajomemu, że być może jest to takie odwołanie "z własnej woli" jak czasem "z własnej woli" oddaje się pieniądze troskliwym panom ("masz jakiś problem") w ciemnych uliczkach pod blokiem. 

Nie chodzi też wcale o podkreślanie, że cała awantura jest odwracaniem kota ogonem, bo znowu ludzie, którym nikt do obcowania z jakimś rodzajem sztuki nie zmusza, czują się nim atakowani i obrażani. Jak to ktoś słusznie zauważył, katolicy są w Polsce tak prześladowani, jak Niemcy przez Żydów przed 1939 rokiem. Mityczna mniejszość uciska większość - jeśli nie czynnie (bo tutaj ciężko coś takiego wskazać) to samym tym, że JEST, że myśli i zachowuje się inaczej. 

Tutaj nie chodzi o żadną dyskusję: ani nad sztuką, ani nad wolnością słowa, ani nad granicami prawa protestu, kompletnie też nie chodzi o to, czy sztuka jest po prostu dobra. Chodzi o igrzyska. Katolicy rzucili się na Garcię, by zademonstrować samą swoją obecność, pohuczeć w mediach. Podobny efekt jak gwizdanie na cmentarzu podczas pogrzebu. Tych kiboli nie interesuje dyskusja o sztuce ani wolności słowa. Oni woleliby, żeby krytycy z lewicujących czasopism i portali wyszli naparzać się z nimi na gołe klaty pod teatrem. Wtedy ktoś by komuś mocniej przypierdolił i kwestię rozstrzygnął, tak jak rozstrzyga się kwestię "czyj klub rzondzi". Przykro mi rozczarować tych dżentelmenów, ale lewacy chyba nie dojrzeli jeszcze do posiadania własnej bojówki, która kastetami szerzyłaby tolerancję i wolność słowa, tak jak wy glanami szerzycie miłość bliźniego i patriotyzm. Cywilizowani panowie w kraciastych marynarkach ani panie w pretensjonalnych okularach nie wyjdą się z wami lać.

Na razie.

13:14, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2014
Prawo do nie wożenia Murzynów tramwajem, czyli o wolnościach słów kilka

Pociągnę temat katolickich lekarzy, aptekarzy i tramwajarzy, bo mnie rusza.

Ja rozumiem, że każdy ma swoje poglądy. Spoko. Niemniej, wybieranie zawodu, a co więcej, podejmowanie potem związanej z nim pracy (w przypadku lekarzy i aptekarzy ciężko mówić o przypadkowości podjętej pracy, tam nie ma osób z przysłowiowej ulicy) wiąże się z takim niezbędnym punktem jak poznanie zakresu obowiązków, które zgadzamy się wykonywać za pobierane wynagrodzenie. 

I teraz niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego każdy normalny robol, taki jak ja, ma do wyboru tylko "zgadzasz się na wszystkie obowiązki albo spadaj, przyjmiemy kogoś nowego", a katolicki lekarz czy aptekarz domaga się prawa, by PO nawiązaniu stosunku pracy za obopólną chęcią i zgodą od części przewidywanych obowiązków się wymigać? Bo się nie podobają? Cóż, mnie też się cała masa prac nie podoba i właśnie dlatego ich nie podejmuję. Byłoby dziwne, gdyby ktoś idąc do pracy do rzeźni oznajmił, że jest muzułmaninem i owszem, konia zabije, ale świni już nie, bo to kontakt z nieczystością. A inny by oznajmił, że jest hinduistą i świnka nie stanowi problemu, ale z kolei krowa jest wykluczona. Każdy normalny pracodawca, słysząc takie teksty, powiedziałby "hola mili państwo, albo wykonujecie wszystkie obowiązki, albo wypad z baru". Tak samo usłyszałby na przykład muzułmański barman, który odmawiałby sprzedaży napojów alkoholowych (soczki i gazowane OK) albo żydowski kierownik siłowni, który kazałby ćwiczyć osobno kobietom w trakcie okresu. 

Tymczasem w całej dyskusji o katolickich tych i owych zapomina się, że to są ludzie, którzy podejmowali się swoich zawodów WIEDZĄC, z czym się wiążą. I jak wygląda w tej kwestii polskie prawo. Mogą sobie prywatnie nie popierać in vitro, badań prenatalnych, przeszczepów czy transfuzji krwi. Mogą uznawać, że cierpienie uszlachetnia. Spoko. Ale w pracy wykonują swoje cholerne obowiązki. Dziwne, że nikt nie walczy o to, aby inne grupy społeczne mogły nie wykonywać swojej roboty jak należy. Wyobrażacie sobie, jak idę do szefowej i mówię "wiesz co, fajnie tu jest i w ogóle, ale tak zasadniczo to i tamto jest sprzeczne z moimi przekonaniami, więc nie będę tego robić. A w ogóle, to klient X mi się nie podoba, więc odmawiam kontaktów z nim." Czy wyobrażacie sobie, że ateistyczna pani w banku nie obsługuje księdza? Że ateistyczny sędzia oznajmia publicznie, że będzie rozstrzygał sprawy zawsze na niekorzyść strony wierzącej? Albo konduktor PKP oznajmi, że nie będzie woził czarnych? Dlaczego w cywilizowanych państwach WSZYSCY zostawiają prywatne poglądy wchodząc w drzwi zakładu pracy, a jedna grupa zawodowa domaga się bycia świętą (nomen omen) krową w tym zakresie?

Idźmy dalej. Załóżmy, że do lekarza idzie pani X. W trakcie badań okazuje się, że istnieją poważne wady u płodu. Lekarz obawia się, że informacja o tym może spowodować, że pani X skorzysta z legalnej aborcji. Może nie u niego, ale tak czy owak skorzysta. Czy w tym momencie "wyższość prawa boskiego nad ludzkim" upoważnia lekarza, by okłamał panią X? Czy w tym momencie prawo pani X do rzetelnej porady lekarskiej może być zniesione przez jego prawo do wolności sumienia?

Może mniej dramatycznie. Znany ateista pan Y idzie do lekarza, jedynego w miasteczku specjalisty od leczenia bezpłodności. Lekarz odmawia udzielania pomocy panu Y, ponieważ żyje on w konkubinacie, a deklaracja wiary mówi wyraźnie, że tych sakralnych narządów wolno używać tylko ludziom związanych katolickim małżeństwem. Pan Y zostaje odesłany z kwitkiem. Aby znaleźć innego lekarza od bezpłodności, musi jechać do innego miasta. Dlaczego to pan Y ma ponosić tego koszty? Czemu nie lekarz, który właśnie ograniczył jego dostęp do usług medycznych? Dlaczego nie NFZ, który nie zapewnia w tym samym miasteczku lekarza, który przyjmuje wszystkich pacjentów, nie selekcjonując ich? Okej, ja wiem, że nie każdemu pacjentowi można zagwarantować, że zostanie przyjęty i otrzyma odpowiednie usługi - z różnych powodów. Ale na pewno nie można ograniczyć dostępu pacjenta do medycyny z powodu poglądu lekarza!

Czy zastrzeganie sobie prawa do wybierania pacjentów, którym się pomoże oraz zakresu usług, które się będzie świadczyć, nie narusza przypadkiem prawa tych pacjentów do równego traktowania? Czy to, że lekarz ginekolog pomoże pacjentce, która jest w "ślubnej" ciąży, a odmówi pomocy tej w "ciąży konkubenckiej" nie jest przypadkiem dyskryminacją tej drugiej? Czy odmowa świadczenia legalnych usług pacjentom (in vitro, antykoncepcja, przeszczep, aborcja w pewnych przypadkach) nie ogranicza ich prawa do zdrowia i dobrostanu? Tym bardziej, gdy lekarz zatrudniony przez NFZ odsyła pacjentów do gabinetów prywatnych? 

W Polsce i tak cholernie trudno dopchać się do jakiegokolwiek specjalisty. Deklaracja wiary czyni tę sprawę jeszcze trudniejszą, de facto dyskryminując ludzi o poglądach niekatolickich. To chyba logiczne, że skoro nie zamierzam ryzykować swoim życiem i zdrowiem na wypadek komplikacji ciąży, to w ogóle nie będę się zapisywać do położnika-katolika. Nawet, jeśli tej ciąży jeszcze nie planuję i chcę tylko zrobić cytologię. Bo jak zajdę w ciążę i będę potrzebowała szybkiej pomocy czy konsultacji, to nie będzie czasu się przepisywać, szukać nowego specjalisty, czekać na termin i robić od nowa badań. Zatem mój wybór już na wstępie jest bardziej ograniczony niż kobiety zgadzającej się ze wszystkimi poglądami sygnatariuszy deklaracji wiary. Państwo, rzecz jasna, nie zamierza zadbać o to, aby dostęp do lekarzy "bez sumienia" był tak samo dobry, jak do "sumienioterrorystów". A co tam, niech się pacjenci sami martwią. Ostatecznie, przedstawiciele naszej władzy wraz z całymi rodzinami i tak leczą się u zaufanych, prywatnych specjalistów. Umówmy się, Kasi Tusk nikt nie odeśle z kwitkiem, gdy będzie rozpaczliwie potrzebowała tabletki 72h. Za to Basię Zusk z Ozorkowa już jak najbardziej może to spotkać, wystarczy, że ma pecha.

Nie da się też ukryć, że cała awantura z deklaracjami wiary uderza przede wszystkim w kobiety w wieku rozrodczym. To one są żywotnie zainteresowane wszystkimi kwestiami, które stanowią problem dla sumienioterrorystów. Czy dostanę antykoncepcję? Czy dostanę antykoncepcję awaryjną? Czy w razie problemów z ciążą mam szanse na sztuczne zapłodnienie? Czy podczas ciąży powie mi się uczciwie o stanie płodu? Czy w razie wad płodu i ryzyka mojego zdrowia i życia mam szanse na legalną i bezpieczną aborcję? Czy w czasie porodu życie moje i dziecka będzie priorytetem, a nie poglądy lekarza na rodzenie w bólu siłami natury? 

To nie jest jakieś pierdu pierdu w stylu "barman odmówił mi sprzedaży kanapki z szynką, powołując się na swoje sumienie". To są kwestie życia i śmierci czasami, a na pewno zdrowia. Niejedna ideologiczna katoliczka błyskawicznie zmieniła zdanie, gdy się okazało, że nie ma szans na naturalne zapłodnienie albo gdy ciąża może zagrażać jej fizycznemu bytowi. Takie sytuacje w try miga weryfikują poglądy. Pamiętam też jednego szumnego katolika, co pełen był frazesów o życiu poczętym, za to gdy jego dziewczyna powiedziała mu, że może być w ciąży, jego pierwszą reakcją było "w takim razie usuniesz". Lekarz, który nie poniesie żadnych konsekwencji swoich decyzji o CZYIMŚ ciele (przynajmniej nie w Polsce, sądząc po najgłośniejszych sprawach o odszkodowania), może sobie być katolickim betonem. W razie czego konsekwencje jego niezłomności poniosą przecież TYLKO pacjenci, prawda?

Dopisek

Widzę często ten argument "skoro ci się nie podoba klauzula sumienia, idź do kogoś innego". I porównuje się to z jakimś fachowcem nieprzyjmującym zlecenia albo jadłodajnią, gdzie podają tylko potrawy wege, bo właściciel jest niemięsożerny. Cóż za problem wziąć swoje pieniądze i iść gdzie indziej itd.

Tak, w przypadku usług i towarów na wolnym rynku, jest to prawda. Kelner nie chce mnie obsłużyć, dziękuję, do widzenia, nie zarobicie dzisiaj na mnie. Kosmetyk testowany na zwierzętach, nie ma problemu, wybieram z półki inny. Jednak w przypadku służby zdrowia wszyscy zapominają o tym, że lekarz na NFZ to nie jest prywatna usługa! Lekarz z klauzulą sumienia dostaje moje pieniądze niezależnie od tego, czy mnie obsłuży. Ja nie mam żadnej możliwości zastrzeżenia sobie, że moje składki nie będą szły na katolickich lekarzy. Jasne, jeśli taki lekarz ma sumienie tylko prywatnie, to prywatnie on sobie może przyjmować tylko w czwartki o 22 i tylko blondynów w beretach czystej krwi aryjskiej. I gie komu do tego. Ale nie może sobie takich obostrzeń stawiać w praktyce publicznej, gdzie pieniądze bierze od wszystkich. Składka zdrowotna to coś w rodzaju abonamentu. Nie może być tak, że płacicie za cały pakiet TV, a potem obsługa nadajników stwierdza sobie, że ten film jej się nie podoba, więc ci go nie puści. Każdy urząd ochrony konsumentów rozniósłby takiego nadawcę na strzępy.  

Zatem lekarzu z sumieniem - skoro nie chcesz wykonywać swojej pracy, oddawaj nasze pieniądze. 

20:04, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (19) »
piątek, 23 maja 2014
Deklaracje

Abp Hoser apeluje do lekarzy, by podpisywali "Deklarację wiary".

"Deklaracja wiary" jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Podpisując ją lekarze i studenci medycyny zobowiązują się do wierności Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu.

No fajnie, a jeśli chrześcijańskie sumienie i wierność Bogu będzie stała w sprzeczności z interesem pacjenta i podmiotowym potraktowaniem go, to co wygra? I jak można zabezpieczyć się przed napotkaniem takiego lekarza, co jest wierny wytycznym abpa Hosera, a nie przysiędze Hipokratesa? 

Uważam, że skoro już ktoś podpisuje taką deklarację, powinien uczynić z tego sprawę publiczną i wywiesić ją na drzwiach gabinetu. Coby dawać świadectwo wiary i coby pacjenci, co nie przejmują się chrześcijańskim sumieniem wiedzieli z góry, żeby się nie zapisywać. 

Jak nie nadziać się na gościa, który będzie mnie terroryzował swoim sumieniem? Po czym to poznać? Jeśli bym chciała zajść w ciążę, sprawa robi się gardłowa, bo niejeden chrześcijański lekarz woli ryzykować życiem lub zdrowiem pacjentki niż dopuścić do aborcji (nawet legalnej). Czy w jakikolwiek inny sposób ingerować w cud naturalnego poczęcia i porodu. Siłami natury, rzecz jasna, bo cesarki są dla wygodnickich paniuś, co się naczytały Wysokich Obcasów i teraz wydziwiają. 

A może zamiast "deklaracji wiary" prosta tabliczka na ścianie poradni "Tutaj się szanuje prawa pacjentów", "Tutaj leczymy, nie nawracamy", "Szanujemy poglądy i podmiotowość pacjentów"? Chociaż, sądząc po doświadczeniach, do tego typu lekarzy i tak ustawiają się tłumy, bo to idzie pocztą pantoflową. Trzeba tylko powiedzieć to głośno, stworzyć jakąś alternatywę. Pokazać, że szacunek wobec odrębności sumienia pacjenta jest wartością, a nie tylko brakiem innej wartości. 

19:17, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (13) »
piątek, 02 maja 2014
Sama nie wiem, co o tym myśleć

- ...I na koniec życzę ci z okazji urodzin jakichś wnuków - moja teściowa składa życzenia mojemu tacie. 

- Dzięki. My już z żoną od paru lat w ten intencji krzyżem leżymy - odpalił mój tata bezbożnik. 

I teraz się zastanawiam, kogo strollował lepiej: nas czy teściową :]

Tagi: rodzina
16:35, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Święty, święty i po świętym, czyli krajobraz 28 kwietnia

Kanonizacja i po kanonizacji. Ekscytacja i po ekscytacji. Karol Wojtyła został świętym, a razem z nim jakiś Włoch, kto by się nim przejmował (powymyślał różne SVII, więc najbardziej prawiczy z prawików go nie tylko olewają, ale i hejtują). Przyznam uczciwie, że ostatni odcinek serialu pt. "Jan Paweł II" też trochę olałam, poczytałam kilka felietonów po fakcie, wot i wsio. Doprawdy zadziwiające jest, jak bardzo zmieniła się narracja od roku 2005. A może to i skutek tego, że kiedy umiera ważna postać, wszyscy jakoś to odczuwają, natomiast kanonizacja jest jednak świętem tylko praktykujących katolików (cokolwiek na ten temat twierdzi stosowna ustawa)? Znalazło się miejsce na głosy krytyczne, wszystkie zarzuty zresztą dobrze już znane, bo od 2005 roku wyszło tego multum, powoli i mozolnie przebija się do polskiego mainstreamu ten krytyczny dyskurs wobec JP2. Ale co jest naprawdę interesujące, to wypowiedzi z 28 kwietnia. O tym, co pozostaje, gdy się zamiecie biało-żółte girlandy. 

A zostaje zastanawiająco niewiele. Nikt już nawet łacha nie drze z pokolenia jotpedwa, bo to już zwyczajnie przestało być śmieszne, pojęcie sprało się do cna i nikt za bardzo nie pamięta, o co miało w tym chodzić. Cudem obalenia komunizmu też się trochę ciężko już podniecać, tym bardziej, gdy prawa strona od lat już jedzie na koncepcie, że żaden komunizm obalony nie został, że to łeż, układ i spiseg. No to tak trochę głupio.  Encykliki? Eeee tam. Wiersze? Taktownie przestaje się o nich mówić, chociaż gdzieś po szkołach jeszcze wychowują na tych wypocinach nowe pokolenie wojujących antyklerykałów. Kremówki? Tak, kremówki zapewne.

28 kwietnia zaszumiały głosy, że teraz to już trochę nie ma na czym budować pijaru. Że polski katolicyzm żerował najpierw na śmierci polskiego papieża, potem na beatyfikacji, wreszcie doszło do kanonizacji. Świetnie, marzenia się spełniły, teraz miliony rodaków mogą z czystym sumieniem już mieć temat w dupie. JP2 robi się tym samym mało klikalny. Pewnie będzie wracał czasem w folklorze okolicznościowym typu rocznice. Zepchnięty na półkę z wesołymi, kolorowymi dewocjonaliami. Niczego to nie zmienia, laicyzacja Polski jak szła, tak idzie dalej, wzruszając ramionami. Nawet przy okazji kanonizacji nikt głośno nie krzyczał o odrodzeniu religijności w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie, skoro o tym mowa. Beknęło tylko parę głosów, żeby chociaż w dzień kanonizacji nie kopać leżącego. Paru lewaków pojechało po bandzie wyśmiewając całą imprezę, czym się nawet zbytnio opinia publiczna nie przejęła. 

No to, smacznych kremówek. Ja na diecie tymczasem jestem. 

18:51, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
A tak wielkanocnie

-No i po co wyciągać koszyczek wielkanocny, jak żadne z nas nie pójdzie z nim do święcenia? - pyta najlepszy z małżonków.

-Ten pusty koszyczek - oznajmiam uroczyście - symbolizuje pustkę religijną naszego domu.

Merry Wielkanoc, everyone. 

Tagi: święta
11:15, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (3) »
sobota, 29 marca 2014
Duchowy zestaw startowy II

Witam znowu. Jak było obiecywane, damy starterowi jeszcze szansę się wykazać, zatem komu mało, zapraszam na drugiego maila. Enjoy!

Jednym z najbardziej niesamowitych aspektów twojej relacji z Bogiem jest to, że nie musisz jej budować o własnych siłach. Nie jest to jednostronna komunikacja; Bóg nie pozostaje bierny, gdy do Niego się zwracasz. On także jest w ten związek zaangażowany.

Przyznam, że w tym momencie jestem zaintrygowana. 

Pamiętam pierwsze tygodnie po mojej decyzji oddania życia Jezusowi.

O matko, a ten znowu o sobie. Tak uczyli na kursach dla komiwojażerów? 

Może cię to zaskoczy, ale na wszystkie te pytania, i wiele więcej, możesz znaleźć odpowiedź w Biblii.

Ktoś się spodziewał czegoś innego? No właśnie.

(To ja mam pytanie. W jaki sposób rozmnażają się jamochłony? Co mam zrobić, jak mi się zepsuje smartfon? Biblio, do dzieła.)

Będąc w relacji z Bogiem odkryjesz, że On będzie mówił do ciebie bardzo osobiście przez słowa Pisma Świętego.

Zwróćmy uwagę na to projektujące "odkryjesz". Tak, na pewno odkryjesz. Jak jeszcze tego nie odkryłeś, to słabo z tobą.

Bóg chce się tobie objawiać przez swoje Słowo. Bóg chce przemawiać prosto do twojego serca.

Skoro chce objawiać się tak prywatnie, intymnie i bezpośrednio - czemu to robi poprzez książkę? Inaczej nie umie?

Nie pytaj mnie, jak On to robi. Wiem tylko, że tak się dzieje :)

To już bardzo tania metoda przekonywania.

Teraz krótko o tym, jak czytać Biblię ze zrozumieniem. Nie jest to skomplikowane. Powiedzmy, żeczytasz taki werset: "Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał..." (J 3,16).Pozwól, że zadam ci pytanie: Jakie są odczucia Boga w stosunku do ludzi? Nie oczekuję tu od ciebiekreatywności, wyobrażania sobie jak Bóg mógłby, czy powinien się czuć.Kiedy czytasz Biblię, patrz na to, co mówi treść danego fragmentu. "Tak bowiem Bóg umiłował świat[...]". Te słowa są odpowiedzią na nasze pytanie: Bóg nas kocha.

Czyli w skrócie: czytaj Biblię tak, żeby pasowała pod tezę, którą JA stawiam. 

Nie, serio. Jest cała masa problematycznych fragmentów Biblii, które można by w tym momencie przywołać. I które by trochę do tej słodziuchnej tezy o miłującym Bogu nie pasowały. Ale o tym sza. Nawracanej owieczce nie wolno o tym mówić, bo się zniechęci.

Potem standardowo dostajemy linka do artykułu, no to lu:

Studium #1: Jak to się stało, że jesteśmy w relacji z Bogiem?

Pod linkiem... a zresztą zajrzyjcie sami. Jest tam kilka cytatów, pod każdym pytanie naprowadzające w stylu:

Ef 24,5 „A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni”.
Kol 113 „On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna”.
Pyt.: Na podstawie powyższych wersetów wymień cztery rzeczy, które Bóg dla ciebie uczynił?

Prawda, że ładnie? Jak w czytance dla klasy trzeciej. Na obrazku trzy drzewka. Pytanie: ile drzewek jest na obrazku?

Rz 59 „Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni”.
Pyt.: W Biblii czytamy, że Jezus nas zbawił. Od czego nas zbawił?

Dobre pytanie, prawda? Zostałeś zachowany od karzącego gniewu, pytanie dodatkowe: czyjego? I kim jest Jezus w stosunku do Boga?

Pytanie dla chętnych: czemu i w jaki sposób zaszła potrzeba, by jedno boskie wcielenie powstrzymywało to, co robi drugie?

Niestety, niczego ponadto z drugiej części zestawu się nie dowiadujemy. Niedługo trzecia. Do zoba.

19:18, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 marca 2014
Duchowy zestaw startowy (Jezu, wpadnij na herbatkę c.d.)

Pamiętacie wpis o "naukowych" dowodach na istnienie Boga? Postanowiłam zobaczyć, co jeszcze strona oferuje i zapisałam się do Duchowego Zestawu Startowego:

Mam kilka pomysłów dla Ciebie. Przygotowałem tzw. "Duchowy Zestaw Startowy". Jest to bezpłatna seria siedmiu e-maili ode mnie, które być może pomogą ci poznać lepiej Chrystusa.

Mail przyszedł, to jedziemy z tym koksem. 

Właśnie czytasz pierwszą z siedmiu wiadomości, które ode mnie otrzymasz.

Na początku chcę ci pogratulować! Właśnie rozpoczął się nowy etap na Twojej duchowej ścieżce. Zapraszając Jezusa do swojego życia, zaczęła się dla ciebie najbardziej wartościowa relacja.

Na razie nic się nie zaczęło, ale dobra, dajmy im szansę.

Tego dnia, gdy ja powierzyłem moje życie Jezusowi, wiedziałem, że stawiam ważny krok.(bla bla świadectwo bla bla)

Nie interesuje mnie czyjeś życie. Next!

Kiedy prosisz Jezusa, by stał się częścią twojego życia, skąd możesz wiedzieć, że On naprawdę tam teraz jest? Przecież nie widzisz Go "na własne oczy". Skąd możesz wiedzieć, że On naprawdę wysłuchał twojej prośby? Czy ta pewność zależy od twojej szczerości, treści modlitwy, a może od tego, czy to"czujesz"? Nie. Tak naprawdę od żadnego z powyższych.

Pomijając "tam", gdziekolwiek to jest, przyznacie, że ten fragment brzmi całkiem sensownie.

Jesteśmy teraz w relacji z Bogiem, ponieważ to On sam nam ją zaoferował. A my przyjęliśmy Jego propozycję (oczywiście nie wszyscy ludzie, ale tylko ci, którzy powierzyli swoje życie Chrystusowi).

Zauważyliście, że to kolejna oferta dla już przekonanych? Konia z rzędem temu, kto umie powiedzieć, gdzie dokładnie, kiedy i w jaki sposób Bóg "zaoferował mu" jakąś relację, a on ją przyjął. Ale nieważne. Ważne, że my tacy wow. Tacy special. 

Poniższy artykuł wyjaśni, dlaczego możemy być pewni, że Jezus jest teraz częścią naszego życia, i co to właściwie oznacza.

To się wysilili... no dobra, klikamy. 

Kiedy podejmujesz decyzję zaproszenia Jezusa do swojego życia, ważne jest, abyś znał odpowiedź na pytanie: „czy Bóg naprawdę mnie usłyszał?”. Tak. W 1 J 5:14 (Pierwszy List Św. Jana, rozdział piąty, werset czternasty) czytamy: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą”. Jezus obiecał, że jeśli Go o to poprosimy, stanie się częścią naszego życia.

Wracamy, jak widzę, do argumentacji Świadków Jehowy: ateisto, zaproś Jezusa do swojego życia. Skąd masz mieć pewność, że to coś prawdziwego? Otwórz Biblię. Skąd masz mieć pewność, że Biblia mówi prawdę? (Zapewne odpowiedź brzmi: zaproś Jezusa do swojego życia, a się przekonasz. Or sth)

W Ap 3:20 (Apokalipsa Św. Jana, rozdział trzeci, werset dwudziesty) Jezus mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”. Czy otworzyłeś drzwi swojego serca przed Jezusem? Jeśli tak, co Bóg obiecuje w takiej sytuacji? Czy On próbowałby cię zwieść?

Czy Bóg próbowałby cię zwieść? Nie wiadomo. Raczej nie, jeśli jest dobry. A skąd wiadomo, czy Bóg jest dobry? Bo tak mówi Biblia. A kto napisał Biblię? Podobno Bóg. I znowu wracamy do zamkniętego koła. 

Jezus umarł na krzyżu za nasze grzechy, aby nie stały na drodze naszej relacji z Nim.

To miło, że Jezus usunął problem, który sam stworzył (jako Jahwe). Bo tak naprawdę człowiekowi grzechy nie przeszkadzałyby w obcowaniu z teofanią (nie przeszkadzają np. w religiach politeistycznych, gdzie nie trzeba być moralnie nieskazitelnym, aby spotkać się z sacrum). Niespełnialny warunek bycia bezgrzesznym, by móc obcować z Bogiem, wymyślił tenże Bóg. 

Nie jest Mu wszystko jedno, czy będziemy żyć w bliskości z Nim, czy nie.

Skoro nie jest, czemu sam to utrudnia?

Wiele uczynił, aby taka relacja w ogóle była możliwa.

To wzruszające, ale przecież nie musiałby robić nic - wystarczy, że komunikowałby się ze swoimi wyznawcami bez obwarowań.

Aby mieć relację z Bogiem nie musimy Mu udowadniać, że już jesteśmy wystarczająco dobrzy czy wykonywać mnóstwa obrzędów i rytuałów religijnych.

Doprawdy? To po co Jezus umierał, skoro grzechy nie mają znaczenia? Po co Kościół instytucjonalny, skoro to niepotrzebne do relacji z Bogiem?

To Bóg sprawił, że możemy mieć relację z Nim. Dlatego przychodzimy przed Jego oblicze dzięki temu, co On uczynił, a nie dzięki naszym działaniom.

Byłoby dziwne, gdyby człowiek był w stanie cokolwiek wymusić na Bogu, czego ten by nie chciał.

Kiedy ktoś zaprasza Jezusa do swojego życia, otwiera drzwi na oścież: „Boże, pragnę relacji z Tobą. Chcę byś był obecny w moim życiu; weź je i zrób ze mną co chcesz”. Jest to decyzja, by Bóg był jego Bogiem, Panem jego życia.Jeśli podjąłeś taką decyzję, warto wiedzieć, co sam Bóg mówi teraz o twojej relacji z Nim (ciach cytaty z Biblii)

Wow, zaproś Jezusa do swojego życia, a będziesz miał niepowtarzalną okazję podyskutowania z książką.

Aby umocnić swoją relację z Bogiem spędzaj czas na poznawaniu Go przez Jego Słowo (Biblię), prosząc, aby objawiał się tobie i budował relację między wami. 

Reasumując:

Budowanie relacji z Bogiem polega na wygłaszanie swoich modlitw i próśb w pustą przestrzeń, a następnie czytanie książki i wmawianie sobie, że to właśnie jest odpowiedź.

Ale dobra, spróbujmy.

Problem 1

Dzisiaj wydarzyła się przykra sprawa, a mianowicie przechodząc przez ulicę nie pomogłam przejśc starszej Pani na drugą stronę. Pani ta jest dosyć wiekowa i ma kłopoty z chodzeniem i utrzymaniem równowagi a ja przeszłam obojętnie nie podając ręki. Strasznie się z tym czuję, nie wiem dlaczego tak postąpiłam, nie tak zostałam wychowana. W pracy na niczym nie mogłam się skupić, cały czas o tym myślę i żle sie z tym czuję, mam wyrzuty sumienia.

Co odpowiada Bóg (cytat losowy, żeby nie było, że manipulujemy słowem bożym)

Flp 3, 2

Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców! 

Problem 2

(...) Ponieważ byłam bardzo zmęczona dbaniem o dom, opieką nad małą oraz prowadzeniem firmy, poprosiłam mamę, aby przyjechała i przez jakiś czas mi pomogła. (...) Jest już miesiąc i jej pobyt okazał się koszmarem. Cały czas z moim mężem dyskutują. (...) Nie są zgodni w niczym. Nawet w muzyce jaką dziecku należy puszczać. Od miesiąca mam z tego powodu notoryczne migreny. 

Zapytajmy Boga!

Mt 10, 21-22

Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. 22 Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

Że co, że tendencyjnie? Wszak "Czuj się swobodnie w rozmowie z Bogiem."

Za jakiś czas następny email. Stay tuned.

19:10, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (4) »
środa, 12 marca 2014
Donatan a prasłowiański katolicyzm na ziemiach polskich

Dwie wiadomości ostatnio rzuciły mi się w oczy:

1. Abp Wesołowski nie usłyszy zarzutów w Polsce. Nic w tym dziwnego, jako że polska prokuratura nie ma żadnych śladów, cała dokumentacja została przesłana z Dominikany do Watykanu. Watykan, przypomnijmy sobie, to jednak obce państwo, które nie ma żadnego obowiązku wydawać Polakom podejrzanego. 

2. Donatan na Eurowizji a sprawa polska. Gazeta Polska Codziennie drze szaty nad tym, by Polskę na Eurowizji reprezentował artysta prorosyjski. Pomińmy już tutaj dyletanckie uproszczenie panslawizmu z byciem rosyjskim agentem. Szum jest o to, że na tandetny konkurs piosenki z tyłka wziętej powinien jechać wyłącznie prawdziwy patriota, nie mający żadnych sympatii wobec obcych państw.

I teraz uwaga. 

Sympatie prorosyjskie (albo być może tylko panslawistyczne) Donatana przeszkadzają. Bo Rosja jest obcym państwem, a interes Rosji nie jest zbieżny z interesem Polski. Jednak z drugiej strony różnej maści Niezależnym, Niepokornym i innym patridiotom nie przeszkadza ani przez sekundę, gdy wielbieni przez nich politycy wysługują się obcemu państwu, jakim jest Watykan. Ba, uważają wręcz za konieczne, by polityką państwa polskiego kręcili kapłani, czytaj: osoby lojalne wobec obcego państwa (Watykanu) i de facto obcemu państwu podlegające. 

Dlaczego w Polsce każdy mające obce korzenie lub w rodzinie kogoś służącego w obcej armii (słynny dziadek z Wermachtu) tak oburza, a posiadanie w rodzinie księdza jest poczytywane za chlubę? Czym to się różni, w sensie? Oburzonym, którzy w tym momencie zaczną dyskutować, że to jest Kościół "polski" przypomnieć należy, że taki on polski, jak Wojsko Polskie za PRL. Lokalny oddział instytucji sterowanej z innego państwa. Jeszcze gdybyśmy byli Rosjanami lub Anglikami i mieli kościół narodowy - ale nie. Polski Episkopat nie jest autonomiczny wobec Watykanu. Czy jest lojalny wobec polskiego rządu, odpowiada przed nim? Wolne żarty. Konkordat stwierdza, że władza kościelna i państwowa to niezależne byty. Oczywiście istnieje gdzieś zapis, że prawo kościelne nie może stać w sprzeczności z państwowym (żeby jeszcze ktokolwiek się tym przejmował), ale to nie oznacza niestety, że kształtowanie prawa państwowego jest programowo niezależne od ideologii kościelnej (de facto - ideologii obcego państwa).

Pontyfikat papieża Polaka wywołał w wielu rodakach szkodliwe i niczym nie poparte przekonanie, że Watykan to taka druga Polska. Że tam są "nasi", których interes jest taki sam jak Polaków. Ciekawe tym bardziej, że sam Watykan nigdy niczego podobnego nie deklarował. A nawet jeśli bronić tej tezy na poważnie, to od 2005 roku to już nie są "nasi". Co gorsza, ostatnich kilka lat Watykan zdawał się być bliżej interesom politycznym Niemiec. Czy kogoś to w Polsce odstraszyło od odtrąbiania patriotą polskim każdego funkcjonariusza Watykanu? Od upierania się, że w najlepszym interesie polskiego obywatela jest, by jego życiem rządziły wytyczne z obcego państwa? 

Donatan podkreśla, że jego zdaniem polska kultura ma korzenie na Wschodzie, w Słowiańszczyźnie. Katolicyzm jest dla niego „wiarą przyniesioną”, a sam Kościół w Polsce to „ambasadorstwo na rzecz zupełnie obcej kultury”.

Czy się to komuś podoba, czy nie, nawet jeśli nie popieramy prosłowiańskości Donatana i nie kręci nas wielka słowiańska międzynarodówka wódki i cycków (nie dziwota zresztą: wódka podnieca tylko Polaków, Rosjan i Ukraińców, reszta narodów wolałaby raczej inne alkohole, ale kto by się tam w tej dyskusji zajmował tym, że istnieją jeszcze jacyś inni Słowianie niż Polacy i Rosjanie), nawet jeśli nas ten cały siermiężny pseudoludowy sztafaż śmieszy (a i niczym nowym czy programowo "prorosyjskim" on nie jest - ale żeby to wiedzieć, należałoby mieć pewną wiedzę o innych kulturach słowiańskich właśnie), to do jasnej cholery, Donatan ma rację. Pomińmy wielką dyskusję o tym, czy Słowiańszczyzna to jakiś mityczny Wschód (łoddefak?), ale chyba nikt nie będzie się upierał, że katolicyzm narodził się na ziemiach polskich! Tak, urwa, katolicyzm jest wiarą niesłowiańską, przyniesioną, nabytą. Co gorsza, nabytą drogą inkrustacji kulturą niemiecką (tak, dobrze czytacie, germański kurwa oprawca szerzył nad Wisłą wiarę katolicką, czy ci się to, Gazeto Polska, podoba, czy nie). Jeśli ktoś się oburza słysząc to, niech wróci do szkoły czym prędzej. Tak, kultura łacińsko-judejska, niesiona przez Kościół Katolicki, jest kulturą dla Słowian obcą i przywiezioną z zewnątrz. Nie, nad Wisłą nie biegali 1000 lat temu Abrahamowie i Rebeki, a chrześcijańskie polskie imiona typu Piotr, Anna, Paweł, Krzysztof, Maria etc. nie mają polskiego (ani nawet słowiańskiego) źródłosłowu.

Czy teraz jasne, Gazeto mieniąca się Polską?

20:07, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (17) »
sobota, 15 lutego 2014
Jezu, wpadnij na herbatkę

Można. A tak się przynajmniej części ludzi wydaje. Poniżej kilka typowych argumentów dostarczanym nam przez niektórych wierzących. 

Czy chciałabyś lub chciałbyś, aby ktoś po prostu wykazał istnienie Boga? Bez wywierania nacisku, bez stwierdzeń typu „Po prostu musisz uwierzyć”. W tym artykule przedstawiono wybrane argumenty przemawiające za tym, że Bóg istnieje. Nie są to niezbite dowody (nikt takich nie ma), ale pośrednie przesłanki, które mogą przekonać do uwierzenia, że On istnieje. W tym wszystkim ważne miejsce ma właśnie wiara, bo jest ona konieczna, aby uznać wyższy Absolut.

Jednak najpierw zwróć uwagę na pewną prawidłowość. Jeśli ktoś neguje samą możliwość istnienia Boga, najpewniej z góry odrzuci wszelkie wskazujące na to przesłanki, tłumacząc je sobie w inny sposób.

Zauważamy, jak sprytnie autorka się zaasekurowała - "skoro odrzucisz moje argumenty, to znaczy, że z góry nastawiłeś się na nie". Miło jednak, że ma świadomość, że jej argumenty mają wartość TYLKO dla wierzących, czyli innymi słowy, zamierza ona przekonywać przekonanych.

1. Czy Bóg istnieje? Stopień złożoności naszej planety wskazuje na świadomego Projektanta, który nie tylko stworzył nasz wszechświat, ale także obecnie go podtrzymuje. 

W tym miejscu należałoby zadać kilka podstawowych pytań:

Dlaczego "stopień złożoności" (jaki to stopień?) miałby wskazywać na projekt? Czy genialne projekty świadomych istot nie powinny być raczej proste? Czemu ślepa siła natury, jaką jest rzeka, płynie zakrętami i zakolami, a inteligentny projekt świadomego umysłu, jakim jest kanał, zazwyczaj leci prosto jak w mordę dał? Ogromna złożoność wskazuje raczej na to, że natura kształtowała się drogą niezliczonej ilości prób i błędów, mutacji i porażek. Po co zięby Darwina miałyby ewoluować, skoro nieskończenie mądry Bóg mógłby je stworzyć od razu w ich najlepiej przystosowanym kształcie?

I zasadniczo - PO CO nieskończenie inteligentnej istocie taka bioróżnorodność? Aby popatrzeć sobie, jak życie powstaje i ginie w skomplikowanych, okrutnych procesach? Żeby się pośmiać, gdy świeżo narodzone żółwiki giną idąc do morza? Po co tak złożone warunki naturalne, skoro cały świat mógłby być milutką oazą o stałej temperaturze, gdzie zawsze świeci słońce, nie rosną trujące rośliny, a grzybica nie zżera zoosfery? 

Gdyby Ziemia była znacznie mniejsza, istnienie atmosfery byłoby niemożliwe, podobnie jak w przypadku Merkurego. Gdyby nasza planeta znajdowała się nieco dalej od Słońca, wszyscy byśmy zamarzli. Gdyby Ziemia znajdowała się bliżej Słońca, groziłoby nam spalenie. Nawet nieznaczne odchylenie od obecnego położenia Ziemi względem Słońca spowodowałoby, że życie na naszej planecie byłoby niemożliwe. 

I tak dalej, i tak dalej. Autorka ciągnie te wzruszające bzdety i przez myśl jej nie przychodzi, że to nie temperatura czy odległość od Słońca dopasowała się do niej, tylko istnienie jej samej jest wynikiem takiego a nie innego układu kosmicznego. Poza tym halo! Tylko wokół naszej peryferyjnej gwiazdki krąży jeszcze około dziesięciu planet, gdzie tego życia nie ma. Bogu cosik nie wyszło? Czy tak sobie powiesił te planetki na niebie dla naszej zabawy? Dlaczego fakt, że 90% planet w naszym najbliższym otoczeniu nie stwarza warunków do życia, nie daje pani Adamson nic do myślenia? 

2.  Czy Bóg istnieje? Złożoność ludzkiego mózgu wskazuje na stojącą za nim wyższą inteligencję.

I znowu: dlaczego miałaby wskazywać?

Mózg, który przetwarza ponad milion informacji na sekundę, oceniając ich wagę i pozwalając nam działać na podstawie najistotniejszych danych... Czy mógł powstać po prostu przez przypadek? 

Powstał w wyniku ewolucji. Niestety przeciętny religijny aktywista wykrzykujący swoje paranaukowe odkrycia o Ziemi, co specjalnie da homo sapiens umiejscowiła się w odpowiedniej odległości od Słońca, nie odróżnia ewolucji od przypadku. Stąd dalsze wyjaśnianie tej wbrew pozorom prostej kwestii jest bezcelowe.

Podam jednak prostą metaforę: system podatkowy w Polsce cechuje wysoki stopień złożoności. Czy to oznacza, że został stworzony przez istotę inteligentniejszą od tych, które stworzyły systemy podatkowe w innych krajach?

Dlaczego rozmaitej maści religianci uparli się, że "bardziej złożone" znaczy "lepsze"? Z punktu widzenia biosfery im większa złożoność, tym a) większe wydatki energetyczne, b) więcej błędów, mutacji. Można to porównać z rozwojem języków: języki sztuczne są logiczne, proste, pozbawione wyjątków, które - jako mutacje lub zaszłości sprzed pewnych zmian - cechują języki im starsze, tym w większej ilości. Języki naturalne, nie stworzone przez żaden projekt, są najczęściej skomplikowane, pełne wyjątków i nieregularności, bo powstawały przez wieki. Języki wymyślone przez ludzi cechuje prostota. 

3. Czy Bóg istnieje? „Przypadek” lub „przyczyny naturalne” nie są wystarczającym wyjaśnieniem.

Oczywiście, że nie są, jeśli się ich dobrze nie zna i na dodatek zupełnie nie rozumie. Jeśli uważa się, że to warunki dopasowują się do życia, a nie odwrotnie, a złożoność jest lepsza od ekonomicznej i funkcjonalnej prostoty, to nic dziwnego, że się człowiek czuje sfrustrowany. 

Alternatywą dla istnienia Boga jest pogląd, że wszystko, co widzimy wokół nas, powstało w wyniku splotu czynników naturalnych i przypadku. 

Przyjrzyjmy się temu zdaniu. Reprezentuje ono zazwyczaj wszystko, co ludzie broniący "inteligentnego projektu" wiedzą o świecie wokół. 

Współczesna nauka potwierdza to, co Pasteur próbował wykazać już dawno temu -- życie nie może powstać z materii nieożywionej.

W którym miejscu potwierdza? Cóż to za przełomowe odkrycie zostało w związku z tym dokonane, o którym nie słyszałam?

Przyczyny naturalne nie są również adekwatnym wyjaśnieniem ilości precyzyjnych informacji zawartych w ludzkim DNA. 

Niestety z dalszego tekstu, nie wynika, dlaczego. Autorka każe nam przyjąć te stwierdzenia za prawdę, "bo tak". A parę akapitów wyżej pochylała się z troską nad ateistami, którzy nie chcą "po prostu uwierzyć". No cóż, po prostu uwierzyć w Boga nie musicie, ale w moją argumentację już tak, mówi niejako pani Adamson.

Jednak odwoływanie się do szczęśliwego zbiegu okoliczności u podstaw niezwykle złożonych struktur i zjawisk, które obserwujemy we wszechświecie, to postawa, która intelektualnie pozostawia wiele do życzenia.

I dlatego poważni naukowcy jej nie reprezentują, pomimo gęby, którą im przyprawiają niektórzy religianci. Świat jest nieco bardziej skomplikowany niż "świat powstał ALBO jako projekt Boga ALBO jako czysty przypadek".

4. Czy Bóg istnieje? Osoba twierdząca stanowczo, że nie ma Boga, musi zignorować najgłębsze odczucia niezliczonej rzeszy ludzi, którzy są przekonani, że Bóg jest.

I co z tego? Wszyscy wielcy odkrywcy musieli zlekceważyć najgłębsze odczucia sobie współczesnych, którzy byli przekonani, że Ziemia jest płaska, Słońce krąży wokół niej, za Oceanem Atlantyckim leżą Indie, częste mycie szkodzi... mogę tak długo.

Jednak postęp naukowy nie doprowadził jeszcze do odkrycia, które podważyłoby prawdopodobieństwo liczbowe, że za tym wszystkim kryje się inteligentny umysł. 

Czy wy widzicie to samo, co ja?

PRAWDOPODOBIEŃSTWO LICZBOWE.

WOW!

Ile ono wynosi i w jaki sposób obliczono, że "za tym kryje się inteligentny umysł"? Podzielono liczbę wszystkich biskupów przez liczbę włosów na brodzie wszystkich rabinów? Wyliczono korelacje pomiędzy złożonymi ofiarami z kozła w starożytności a liczbą wydań dzieł Lutra? Niestety, jak zwykle nie dowiemy się. Mamy uwierzyć w te rewelacje tak po prostu.

W istocie kolejne odkrycia naukowe dotyczące człowieka i wszechświata wykazują jeszcze dobitniej, z jak złożonymi zjawiskami mamy do czynienia i jak bardzo uwidacznia się w nich misterny projekt. Dowody wcale nie podważają Boga, ale przemawiają za inteligentnym źródłem życia we wszechświecie. Jednak przesłanki obiektywne to nie wszystko.

Jakie, urwał, przesłanki obiektywne? Adamson nie wymieniła dotąd ANI JEDNEJ.

Od zarania dziejów u miliardów ludzi na całym świecie napotykamy przeświadczenie, że Bóg istnieje -- ludzie dochodzą do takiego wniosku na podstawie osobistego, subiektywnego kontaktu z Bogiem. 

E, nie. Z pierwszej części zdania nie wynika druga. To, że ludzie są przeświadczeni o istnieniu złego licha nie wynika z ich osobistego, subiektywnego kontaktu z lichem. Chyba że wprowadzimy tutaj zawieszenie pt. "mówiąc Bóg (licho) mamy na myśli to, co ludzie ci jako Boga (licho) sobie wyobrażają".

Osoby te powołują się na wysłuchane modlitwy, i konkretne, często zadziwiające sposoby, w jakie Bóg zaspokaja ich potrzeby i prowadzi podczas podejmowania ważnych decyzji w życiu osobistym. 

A co z milionami osób (miliardami?), które powołują się na swoje niewysłuchane modlitwy i niespełnione prośby? Czy ubierające się w naukowe szmatki Adamson bierze ich pod uwagę w swojej linii argumentacji? Jak oni się mają do "LICZBOWEGO prawdopodobieństwa istnienia inteligentnego umysłu" (tak, będę się pastwić nad tym terminem)?

Wielu z nich wyraża pewność, że istnieje dobry, kochający Bóg, który okazał im swoją troskę i wierność. Jeśli jesteś sceptykiem, czy możesz z całą pewnością stwierdzić: „Mam absolutną rację, a oni wszyscy mylą się co do Boga”?

A dlaczego nie? To, że jest ich dużo albo że są do swojej racji głęboko przekonani ma jakikolwiek wpływ na rzeczywistość?

5. Czy Bóg istnieje? Wiemy, że Bóg istnieje, ponieważ On szuka kontaktu z nami. Podejmuje różne działania i zachęca nas, żebyśmy się do Niego zwrócili.

Biorąc pod uwagę LICZBOWE proporcje niewysłuchanych modlitw do wysłuchanych... ehe...

Ciekawe, że ateiści poświęcają tyle czasu, uwagi i energii, próbując obalić coś, co, jak wierzą, nawet nie istnieje! Co nimi powoduje? 

Prosta rzecz. Ludzie, którzy wierzą w Boga, chcą koniecznie tę wiarę oraz wynikający z niej sposób bycia narzucić niewierzącym (lub wierzącym inaczej).

A swoją drogą: skoro wiara "milionów ludzi" wynika z ich osobistego doświadczenia, jak możliwym jest, że obraz Boga wypływający z tych "doświadczeń" jest tak różny? I im dłużej ludzka pamięć trwa i im więcej danych gromadzi, tym bardziej liczba religii i ich odłamów rośnie? Czy z czasem ludzkość nie powinna się religijnie konsolidować, skoro rosnąca liczba objawień, "cudów" i tych rzekomych "doświadczeń" powinna raczej tworzyć spójny obraz - tak jak coraz bardziej spójny i dokładny obraz zaczyna tworzyć WIEDZA ludzkości na temat natury?

Jak to się ma do LICZBOWEGO prawdopodobieństwa...?

Gdy byłam ateistką, tłumaczyłam swoje intencje troską o biednych ludzi karmiących się złudzeniami... (...) Chciałam uwolnić się od pytania o Boga. Gdybym była w stanie niezbicie wykazać wierzącym, że się mylą, problem zostałby rozwiązany i mogłabym bez przeszkód zająć się innymi sprawami.

Cool story bro, ale nie projektuj swoich intelektualnych problemów na resztę świata.

Nie wiedziałam, że temat Boga ciążył tak bardzo na moim umyśle, ponieważ On sam wywierał na mnie nacisk. 

Och, jesteś taka ważna. Sam Bóg cię wybrał i wywierał na ciebie nacisk. Jesteśmy pod TAKIM wrażeniem. 

Być może zasadniczym powodem, dla którego ateiści tak bardzo przejmują się ludźmi wierzącymi w Boga, jest właśnie to, że Bóg szuka w ten sposób drogi do ich serc.

6. Czy Bóg istnieje? W przeciwieństwie do wszystkich innych objawień, Jezus Chrystus jest najwyraźniejszym, najkonkretniejszym obrazem Boga, który poszukuje z nami kontaktu.

O, patrzcie jak gładko przechodzimy od "Bóg" do "chrześcijański Bóg". Pamiętajmy, że "głębokie przekonanie milionów ludzi" o istnieniu innych bóstw lub boskich substancji jest teraz nieważne, chociaż parę akapitów wyżej miało nas przekonywać, że "inteligentny projektant" stworzył świat. Wyżej tym projektantem mógł być Allah, Jahwe, Zeus. Teraz zawężamy nasze rozważania tylko do Jahwe. Dlaczego? Bo tak.

Dlaczego Jezus?

Zasadniczo, "bo tak".

Jeśli przyjrzymy się głównym religiom świata, odkryjemy, że Budda, Mahomet, Konfucjusz i Mojżesz określali się mianem nauczycieli lub proroków. Żaden z nich nie twierdził nigdy, że jest równy Bogu, natomiast w odróżnieniu od nich Jezus złożył taką deklarację. 

Pffff, też mi powód, by kogoś uznać za Boga. Czy pani Adamson uwierzyłaby także temu facetowi?

http://deser.pl/deser/1,83453,5061679.html

Zauważmy, że w dalszej części akapitu, będącego autorską interpretacją cytatów z Biblii ("Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia" - nie, to jeszcze nie jest deklaracja bycia Bogiem) autorka w żadnym miejscu - jak na nawracaczkę przystało - nie zajmuje się tym, czy Jezus był naprawdę bóstwem czy tylko tak twierdził. Tak się biedaczka zagalopowała w religijnym uniesieniu, że zapomniała, iż czytający ją ateiści (jacy ateiści? Przecież to tekst przekonujący przekonanych... no ale dobra, dajmy jej szansę, jak mawia znany dowcip o blondynkach) nie uważają Biblii za niepodważalne źródło. I wracamy do znanego nam paragrafu 22: Jezus jest Bogiem, bo tak mówi Biblia, a Biblia mówi prawdę, bo jest słowami Jezusa (między innymi), który jest Bogiem. 

Dlaczego macie wierzyć Biblii, drodzy ateiści? Bo tak!

Ej, no dobra, jest wzmianka o cudach Jezusa. Bądźmy nawet uprzejmi i uznajmy, że uzdrowienie kogoś jest w oczach zabobonnych wieśniaków czynem nadludzkim. Uznajmy, że czyny te są dokładnie opisane i nieprzekręcone przez powtarzanie ich z ust do ust. Czy mamy jakieś źródła, które te cuda potwierdzają? Poza Biblią?

A teraz weźmy pod uwagę cuda innych religii. Posążki pijące mleko. Cuda dokonywane przez mnichów buddyjskich. Magiczne obrzędy starożytnych. Czy katolicy dają im wiarę? Nie! Domagają się dowodów, badań, odrzucają "bajeczki" i "mity". Chcecie dogadać się z katolikami, drodzy ateiści? Zacznijcie wyśmiewać wiarę w czakramy i ludzi, którzy doznali oświecenia na spotkaniu z lamą. Przeciętny katolik rzuci się na to z rozkoszą i będzie wykpiwał zabobonnych idiotów, co wierzą, że im się otwierają okna w głowie. Albo ponabijajcie się z prawosławnej carycy, co wierzyła w cuda Rasputina. Zabawa na cały wieczór, mówię wam. Nie uwierzycie, jak racjonalnymi, trzeźwymi ludźmi są katolicy, gdy krytykują konkurencję. Brzmią wtedy zupełnie jak ateiści.

Jezus uczył, że chociaż w Bożych oczach jesteśmy grzesznikami zasługującymi na karę, Jego miłość do nas przeważyła i Bóg przygotował inny plan. Sam przyjął postać człowieka i wziął na siebie karę za nasze grzechy. To brzmi niedorzecznie? Być może, ale wielu kochających ojców chętnie zamieniłoby się miejscami ze swoimi dziećmi na oddziale onkologicznym, gdyby tylko było to możliwe. 

Zobaczmy, jak płynnie przeskoczono do "Bóg istnieje, bo przyroda jest doskonała" do "Jezus jest prawdziwym Bogiem, bo jego nauki są moralnie słuszne". No ale dobrze. Bzzzziut, przewijamy i jeszcze raz

chociaż w Bożych oczach jesteśmy grzesznikami zasługującymi na karę, Jego miłość do nas przeważyła i Bóg przygotował inny plan. 

Skądinąd wiemy z Biblii, że karą za grzech jest śmierć.

Skoro miłość zwyciężyła i Bóg ma inny plan, czy ludzie przestali umierać?

Sam przyjął postać człowieka i wziął na siebie karę za nasze grzechy.

Skoro tak, czy po śmierci Jezusa ludzie przestali umierać?

Przestali czy nie? Grzecznie pytam?

Jezus zamienił się z nami miejscami i umarł za nas, abyśmy mogli otrzymać przebaczenie. 

Co to za przebaczenie, skoro kara nadal jest wymierzana? "Chociaż i tak zostaniesz ścięty, wiedz, że ci przebaczam"?

Na tle wszystkich innych religii znanych ludzkości tylko w Jezusie widzimy Boga, który wychodzi naprzeciw człowiekowi i oferuje nam możliwość nawiązania z Nim więzi.

Tylko w Jezusie. A dlaczego tylko? Bo tak. Czy poparto to jakimś porównaniem z pozostałymi setkami i tysiącami wierzeń znanych ludzkości? Ha ha, zgadnijcie.

Czy Bóg istnieje? Jeśli chcesz się dowiedzieć, zapoznaj się bliżej z osobą Jezusa Chrystusa.

Wspaniale. Gdzie on mieszka? Jaki ma adres email?

Jeśli chcesz nawiązać więź z Bogiem, możesz to zrobić już teraz.

W trakcie trwania programu zadzwoń... a nie, moment, nie podano numeru.

To twoja decyzja, nikt nie może cię do niej zmusić. Jednak jeśli chcesz uzyskać Boże przebaczenie i nawiązać z Nim przyjaźń, możesz to zrobić choćby zaraz, prosząc Go, aby ci wybaczył i wszedł w twoje życie. 

Po co mi boskie przebaczenie, skoro i tak dostanę karę (umrę)?

Jeśli chcesz to zrobić, ale nie wiesz, jak wyrazić swoje pragnienie słowami, możesz skorzystać z następującej modlitwy: „Jezu, dziękuję, że umarłeś za moje grzechy. Znasz moje życie i wiesz, że potrzebuję przebaczenia. Proszę, żebyś mi teraz przebaczył i wkroczył w moje życie. Chce naprawdę Cię poznać. Przyjdź teraz do mojego życia. Dziękuję, że chcesz się ze mną przyjaźnić. Amen”.

Jezu, dziękuję, że... ej, moment. Nigdy cię nie prosiłam, żebyś za mnie umierał, a tym bardziej nie chciałabym, żeby ktoś cierpiał za coś, czego ja może za grzech nie uznaję. Co gorsza, to, co jest grzechem, wyznaczyłeś sobie sam, Jezu, więc skoro miałeś fantazję najpierw te grzechu wymyślić, a potem mnie o nie oskarżyć i na koniec spektakularnie mi je wybaczyć w imię cierpienia, które zadałeś samemu sobie, to yyyy baw się sam.

Znasz moje życie i wiesz, że potrzebuję przebaczenia.

Nie potrzebuję przebaczenia od istot, których nie znam, a ich przebaczenie jest mi obojętne. Gdyby faktycznie za tym przebaczeniem szło to, że nikt by nie umierał, o, byłoby to warte rozważenia. Ale skoro ludzie umierają nadal, to jaka różnica, czy bóstwo, którego nie znam, mi wybaczyło coś tam, czy nie?

Chce naprawdę Cię poznać. Przyjdź teraz do mojego życia.

Byłoby ciekawie poznać kogoś, kto żyje 2014 lat. Jezu, wpadnij kiedyś na herbatkę. Mam rumową.

Na tym zasadniczo artykuł się kończy, ale strona oferuje jeszcze parę zakładek. Jeśli jesteście ciekawi, co z tego poznawania Jezusa wyniknie, zapraszam do następnego odcinka. 

15:40, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15