Centrala antyewangelizacyjna w Twoim domu
Zakładki:
Ateizm
Inne
Katoliccy publicyści
Know-how
Nauka
Religijne
Tagi
PustaMiska - akcja charytatywna
RSS
piątek, 17 października 2014
Przerwa na reklamę

Pewnie to tylko pretekst do szumu, ale taki szum akurat warto robić. Nie wszyscy jesteśmy "95% katolikami". A poza tym towarzystwo jest niezłe.

Apel do władz w sprawie klerykalizacji kraju

19:19, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 września 2014
Czy ateizm strzela ślepakami?

Kolejny ksiądz postanowił pochylić się nad nami, biednymi ateuszami (tak, to model nawracania zwany "głaskaniem po główce"). Przy okazji tekst nie jest złożony w całości z wynurzeń niewątpliwego geniuszu autora, lecz zawiera trochę ciekawych wiadomości merytorycznych o tzw. kampanii ateizmu w krajach zachodnich, więc polecam przeczytać. Pominiemy część informacyjną i skupimy się zatem na publicystycznej. 

Główną ideą jest "napisaliście, że Boga prawdopodobnie nie ma? Czyli sami nie wiecie? Szach mat ateiści!"

"Użycie przez inicjatorów reklamy owego „prawdopodobnie” zdradza, że sami pomysłodawcy zdają sobie sprawę, iż strzelają ślepakami."

Nic bardziej mylnego. Każdy poważny ateista wyśmiewa sztandarowy argument katolskiego trolla "udowodnij, że nie ma X". Nie można ze 100% pewnością twierdzić, że nie ma czegokolwiek, łącznie z kosmicznym czajniczkiem Russella, Latającym Potworem Spaghetti i Smerfami. 

Zresztą sam Dawkins, guru ateistów i „duchowy ojciec” przedsięwzięcia, czwarty rozdział swojej książki opatrzył tytułem „Dlaczego niemal na pewno Boga nie ma”. Podobną myśl znajdujemy u o. Cantalamessy, w którego krytyce dostrzegamy echo słynnego zakładu Pascala: „«Bóg prawdopodobnie nie istnieje»: a zatem być może jednak istnieje, nie można całkowicie wykluczyć, że jest.

Dawkins zrobił to z intelektualnej uczciwości, której nie reprezentują niestety jego oponenci, fapując maniakalnie, że "NAWET Dawkins nie jest 100% ateistą".

Przesłanie kampanii jest więc jednoznaczne: „Boga prawie na pewno nie ma”, ale „prawie” – jak wiemy, i to z reklamy – robi różnicę.

Niestety, nie robi to absolutnie żadnej różnicy. To znaczy, robi to różnicę tylko nawiedzonym nawracaczom, rzucającym się na to słówko "prawdopodobnie", "niemal na pewno" itd. z kompletnie nieadekwatną ekscytacją. Drodzy wierzący, jeśli Dawkins stwierdza, że "Boga niemal na pewno nie ma", to wcale nie oznacza to, że za chwilę go nawrócicie. On po prostu zostawia margines błędu, z szacunku dla nauki.

Paul Woolley z instytutu Theos zauważył, że wezwanie do cieszenia się życiem raczej z trudnością trafi do tych, którzy w okresie kryzysu żyją realnym niepokojem utraty domu czy pracy.

No i co z tego? Bóg nie istnieje (lub istnieje) niezależnie od tego, czy podmioty w niego wierzące lub niewierzące mają w życiu łatwiej czy trudniej. Zresztą, argument jest obosieczny: jaką wartość ma wiara, jeśli stanowi tylko plasterek na ogólną życiową chujozę?

Jeszcze dalej w swej krytyce poszedł o. Raniero Cantalamessa, który stwierdził, że „ateizm jest luksusem, na który mogą sobie pozwolić ci, którzy są uprzywilejowani przez życie, ci, którzy otrzymali wszystko”. Krytyka ze strony kaznodziei papieskiego była tym dotkliwsza, iż została wygłoszona w tygodniu tragicznego trzęsienia ziemi w Abruzji.

Znowu: rażącym i nieprawdziwym uproszczeniem jest to, jakby "w okopach nie było ateistów", bowiem wystarczy poczytać o ludziach, którym życiowe dramaty odebrały wiarę. To jedno. A drugie: faktem jest, że ludzie w obliczu strachu i cierpień chwycą się wszystkiego, byle je zminimalizować. Ludzie się nawracają? Owszem. Ale już rzadziej mówi się o tym, że ci sami ludzie czasem natychmiast później chwytają się na przykład New Age, kiedy klepanie różańcom do Matki Boskiej z Guadelupe nie spełnia ich oczekiwań. Nie mówi się także o tym, jak długo utrzymuje się to cudowne nawrócenie wśród ludzi, którzy wyzdrowieli/znaleźli pracę/ocaleli z powodzi, pożaru, wojny, epidemii itd. 

Cierpienie pozostaje dla wszystkich tajemnicą, szczególnie cierpienie niewinnych, jednak bez wiary w Boga staje się ono bezdennie absurdalne – przypomniał papieski kaznodzieja. 

Zła wiadomość dla kaznodziei: cierpienie JEST bezdennie absurdalne. Czego najjaskrawszym dowodem jest to, że jednak sami wierzący obsesyjnie cierpienia unikają, zamiast cieszyć się jego głębokim sensem.

Jednocześnie Cantalamessa postawił tezę, że cierpienie jest szansą dla ateistów. „Podobnie jak reszta ludzkości, cierpią w życiu również ateiści. A cierpienie, od kiedy Syn Boży wziął je na siebie, ma niemal sakramentalną siłę odkupieńczą”. Chrystus jest bowiem obecny w każdym cierpieniu, bez względu na to, czy został do niego „zaproszony”.

Piękna mowa-trawa, ale czy cokolwiek z tego wynika? Czy coś realnego wynika dla ludzi, do których cierpienia "Chrystus został zaproszony"? Poza tym, że czują się ważniejsi? 

Na koniec mamy psychoanalizę dla ubogich:

Po pierwsze, jest to ateizm, który nie usiłuje zrozumieć wiary w Boga.

To straszne. Świat nie kręci się wokół nas!

Biorąc nawet poprawkę na fakt, że kampania zrodziła się jako odpowiedź na określoną wizję wiary (skupioną na potępieniu niewierzących), to jej autorzy postrzegają wiarę jako zniewolenie, a dopiero niewiarę jako wyzwolenie się z okowów, które właściwe są wierze w Boga. Po wtóre (przede wszystkim w wersji niemieckiej), jest to ateizm zazdrosny, poszukujący innej recepty na szczęście niż Bóg.

Wow, nie wiedziałam, że szukanie własnej drogi w życiu to zazdrość. Ksiądz Draguła bardzo sprytnie przemyca tutaj supozycję, że tylko wiara ma "receptę na szczęście" i ateizm próbuje ją zazdrośnie "przechwycić". Bo przecież zazdrości się tego, czego się nie ma, prawda? Tym samym ksiądz, zarzucając ateistycznym hasłom różne ukryte sugestie, bawi się tak samo brzydko. A fe!

Po trzecie, jest to ateizm skażony niepewnością.

Mam dla księdza niesamowitą informację: całe ludzkie życie jest skażone niepewnością. Całkowicie pewnie swego i zadowoleni z siebie są tylko idioci.

O ile wiara w Boga zasadza się na pewności Jego istnienia – oczywiście nie na pewności empirycznej, ale na pewności wiary – o tyle prezentowany tutaj ateizm wyrasta jedynie z prawdopodobieństwa nieistnienia Boga, a więc, w konsekwencji, z założenia, że Bóg może równie dobrze istnieć.

Nie, do jasnej cholery, wcale nie RÓWNIE DOBRZE. To, że zostawia się margines błędu swoim przekonaniom nie oznacza, że daje się szansę 50/50!

W ten sposób ateizm z kampanii reklamowych staje się w gruncie rzeczy wiarą a rebours, wiarą niepokoju. 

Chcielibyście :)

Przyjęcie możliwości nieistnienia Boga zakłada przecież uprzednią możliwość Jego istnienia oraz posiadanie jakiegoś obrazu czy pojęcia Boga. Istotą tego ateizmu nie jest więc odrzucenie samego istnienia Boga, ale odrzucenie wiary rozumianej jako „powierzenie się Bogu”, czyli uzależnienie swojego życia od Jego istnienia. 

Tak ładnie ksiądz dotąd pisał, a kompletnie na końcu się wykopyrtnął. To elementarne, że jeśli odrzuca się istnienie jakiejś siły nadprzyrodzonej, odrzuca się także uzależnienie swojego życia od niej. Jeśli ktoś uważa, że Bóg jest, ale żyje dokładnie odwrotnie od jego "zaleceń", to jest samobójcą i kretynem. Osoby odrzucające boskie "zalecenia" zazwyczaj albo zawieszają swoją wiarę w Boga, albo przynajmniej poddają w wątpliwość, czy Bóg istotnie dał takie zalecenia, jakie się powszechnie uznaje. Innymi słowy, cała masa "wierzących niepraktykujących" wierzy po prostu w trochę innego Boga. 

Ateistyczna kampania nie chce w gruncie rzeczy powiedzieć, że Boga nie ma, ale że są ludzie, którzy chcą żyć jakby Go nie było, gdyż przeszkadza im On w życiu radosnym i spełnionym. 

Oj, brnie ksiądz po kostki w gównie, próbując wcisnąć na ateistyczne billboardy idee, których tam nie ma. Spieszę z pomocą: nie doszukujmy się drugiego dna i nie róbmy z ateistów "ukrytych wierzących". Wymyślający owe hasła ateiści nie mieli na myśli nic podobnego, ponieważ nie popełniają intelektualnego nadużycia, jakie popełnił autor artykułu - to znaczy, że brak 100% pewności co do nieistnienia Boga oznacza uznanie jego istnienia. 

W światopoglądzie ateistycznym nie ma myślowego potworka pod tytułem "żyć tak, jakby Boga nie było". To jest wynalazek typowo chrześcijański.

Jeśli religia to pozostawanie w relacji do Boga, to w gruncie rzeczy mamy tutaj do czynienia również z jakąś formą religii, tzn. religijnego spojrzenia na własne życie – religijnego, bo choć negatywnie, to przecież uwzględniającego Boga.

Tak, a łysy jest kolorem włosów.

Wydaje się jednak, że nie chodzi tutaj tylko o obecność w sferze publicznej i prawo do bycia zauważonym. Chodzi raczej o swoisty „kerygmatyczny zapał” wynikający ze wspomnianej niepewności. 

Arcyciekawe stwierdzenie! W takim razie kerygmatyczny zapał misjonarzy i różnych podrzędnych nawracaczy wynika z niepewności co do Boga?

Ależ nie! Ksiądz bowiem natychmiast zastrzega, że jego własna reguła się własnych ziomali nie tyczy:

O ile bowiem chrześcijanie podejmują działanie misyjne, by z innymi dzielić swoje szczęście płynące z pewności wiary, o tyle „ateiści dewocyjni” podejmują „przepowiadanie niewiary”, by nie pozostać samotnym w swojej niepewności.

TADAM! Szach mat, ateiści!

16:13, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (27) »
czwartek, 11 września 2014
Przerywniik humorystyczny (chrzciny edyszyn)

Znajomy opowiada anegdotkę:

- A ostatnio jedziemy samochodem, z tyłu mała i teściowa, mijamy kościół, a młoda jak nie wypali "tata, a co to jest?". Spojrzenie teściowej - bezcenne...

Jeśli wasze dziecko ma ten sam problem, że świątyń na ulicy nie rozpoznaje - wypiszcie z religii. Apostazja podobno gratis. 

Tagi: dzieci humor
20:07, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (5) »
środa, 27 sierpnia 2014
Jak nie zostaliśmy chrzestnymi

Chrzestny to jest ciekawa społeczna instytucja. Zabawne, jak silnie wciąż pokutuje przesąd, że chrzestny jest zastępczym rodzicem na wypadek śmierci biologicznych. Pamiętam, że w dzieciństwie cały czas mnie okropnie zastanawiało, jak by to wyglądało w praktyce. Czy tata ożeniłby się z moją chrzestną? Ale ona ma męża! A może moi chrzestni musieliby wziąć ślub, żeby mnie wychować? A jeśli ktoś ma więcej chrześniaków, to którym miałby się zająć? No i co z moją siostrą, przecież ona ma zupełnie innych chrzestnych? Czy by nas wtedy rozdzielili? 

Tyle rozważań małej dziewczynki. Potem dorosłam i kapnęłam się, że po śmierci rodziców istnieją takie instytucje jak dziadkowie, rodzeństwo rodziców itd., ale w dalszym ciągu nie było dla mnie jasne, czy chrzestny ma w moim życiu pełnić jakąś rolę. Prezentów na osiemnastkę nie dostałam żadnych, na ślubie był tylko chrzestny i to jakoś tak w sumie rzutem na taśmę, bo akurat z daleko przyjechał. Dobrze, że mi go rodzice przedstawili, bo od komunii człowieka nie widziałam. W każdym razie żadne z nas tego chrzestnowacenia nie przeżywało i z tego, co się zorientowałam w rozmowach ze znajomymi, jest to sytuacja raczej powszechna. Oczywiście nie neguję faktu, że dla kogoś chrzestny jest po prostu członkiem rodziny lub jej bliskim przyjacielem. 

Tymczasem koleżanka się kiedyś wyżaliła, że wszystkie jej przyjaciółki antykościelne (tak, to pod moim adresem też było), więc nie ma kogo na chrzestną wziąć i cyt. "jej dziećmi zajmują się jacyś inni ludzie, a wolałabym, żeby wy". W odpowiedzi polałyśmy dziewczynie wina i wytłumaczyłyśmy, że jak kiedyś wpadnie pod tramwaj, to się jej potomstwem chętnie zaopiekujemy, ale niech w związku z tym nie angażuje nas w przynoszenie kartek z parafii, przystępowanie do spowiedzi i generalnie udawanie kogoś, kim nie jesteśmy. 

Z drugiej natomiast strony, jeśli by ktoś chciał być autentyczny i całą zabawę traktować poważnie, to też ma pod górkę. Szwagier chciał ochrzcić dziecię, po krótkim namyśle uznali z żoną, że brat (czyli mój mąż) się do zostania chrzestnym nie nadaje. Dla nas spoko luz, dla nich chyba też, po prostu wzięli innych chrzestnych. Natomiast im bliżej samego chrztu, tym atmosfera w rodzinie stawała się dziwniejsza. Ponieważ po drodze okazało się, że w rodzinie jest foch przez wielkie F. Szwagierka zagadała mnie kiedyś na boku, w ciom dieła. Ustaliłyśmy, że jeśli chodzi o nas, to nic się nie dzieje. Ich decyzję szanujemy, z faktu nieobłożenia nas tym zaszczytem nawet się cieszymy. Oni się cieszą, że my się cieszymy i w ogóle panuje taki czilaut, że Bob Marley poczerwieniałby z zazdrości. 

Jednakowoż focha strzelił teść. Bo jakże to tak. Nikt z naszej rodziny nie jest chrzestnym? A dlaczego miałby być? "Bo tak zwykle jest". Nastąpiła na dodatek jakaś wymiana zdań pomiędzy nim a teściową, po której on doszedł do wniosku, żeśmy "niegodni". I się obraził, chociaż generalnie na kościelne zaszczyty smarcze zielonym glutem. Zaraz po nim obraziła się jego mama, czyli babcia. Chyba dla towarzystwa. Najzabawniej, że tym razem teściowa zachowuje się bardzo rozsądnie i broni prawa młodych do własnej decyzji, a nie męczenia się wszystkich w imię konwenansów. To jest akurat fajne u ludzi mocniej wierzących: zwykle traktują swoją wiarę poważnie. 

Chrzciny to dla niewierzących trudna okazja, właśnie z uwagi na ten aspekt społeczno-rodzinny. Z jednej strony to religijna rola, przynajmniej dla niektórych. Z drugiej, znacznie częściej, propozycja zostania chrzestnym to zaszczyt i objaw przyjaźni, którego odrzucenie jest afrontem. Można machnąć ręką na zasadzie "chcą szopki, będą mieli", jak mój kolega, który został dubeltowym chrzestnym dzięki sprokurowanej "karteczce", bo chciał zrobić przyjemność siostrze. Można też iść w zaparte i odmówić robienia przedstawienia. Co więcej, chrzestny ma nieco więcej kontaktu z instytucjonalną religią niż chociażby świadek ślubu - bo komunia, bo spowiedź, wreszcie jakaś opinia od proboszcza jest często egzekwowana. 

A wy? Macie jakieś doświadczenia?

22:38, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (13) »
sobota, 28 czerwca 2014
Ja nie widziałam tego spektaklu, ale kiedy go oglądałam, to mnie obrażał

Byłam na Golgota Picnic, z czystej ciekawości, o co tyle szumu. Niestety po obejrzeniu dalej nie wiem. Spektakl jest mocno bełkotliwy i przede wszystkim nudny w chuj, chociaż ma błyskotliwe przebłyski i znam osoby, którym się nawet podobało (chociaż bez fajerwerków). Terlikowski i koledzy zrobili Garcii mocną przysługę, bo z niszowego spektaklu hit, który każdy chce obejrzeć. Przy czym chyba sami krucjatorzy różańcowi nie zdają sobie sprawę, jaką są skuteczną reklamą dla tego typu dzieł i dziełek. Od lat zresztą powtarzam znajomym artystom, że powinni zajawki swojej twórczości, wraz z odpowiednio zbulwersowanym komentarzem, podrzucać na forum Frondy, byle tylko zyskać etykietkę "kontrowersyjnych". Potem już samo pójdzie, podniecony tłum rzucający się na dzieła, nagle cały kraj zna twoje nazwisko i tytuł, wywiady na czołówkach, 5 miliardów wyszukiwań w Google, fanpage na fejsbuku lajkuje 10 milionów osób, te sprawy. 

I już nie chodzi nawet o tłumaczenie ludziom, co słusznie uczynił reżyser (swoją drogą uśmiałam się czytając jego wyjaśnienie dla maluczkich "o co w mej sztuce chodzi"), że nie zaszła żadna religijna cenzura, bo ani łyse pały ani babcie z koronkami nie mają żadnej mocy, aby odwołać przedstawienie. Festiwal Malta rymnął na kolana i ocenzurował się sam. Aczkolwiek tutaj muszę przyznać słuszność jednemu znajomemu, że być może jest to takie odwołanie "z własnej woli" jak czasem "z własnej woli" oddaje się pieniądze troskliwym panom ("masz jakiś problem") w ciemnych uliczkach pod blokiem. 

Nie chodzi też wcale o podkreślanie, że cała awantura jest odwracaniem kota ogonem, bo znowu ludzie, którym nikt do obcowania z jakimś rodzajem sztuki nie zmusza, czują się nim atakowani i obrażani. Jak to ktoś słusznie zauważył, katolicy są w Polsce tak prześladowani, jak Niemcy przez Żydów przed 1939 rokiem. Mityczna mniejszość uciska większość - jeśli nie czynnie (bo tutaj ciężko coś takiego wskazać) to samym tym, że JEST, że myśli i zachowuje się inaczej. 

Tutaj nie chodzi o żadną dyskusję: ani nad sztuką, ani nad wolnością słowa, ani nad granicami prawa protestu, kompletnie też nie chodzi o to, czy sztuka jest po prostu dobra. Chodzi o igrzyska. Katolicy rzucili się na Garcię, by zademonstrować samą swoją obecność, pohuczeć w mediach. Podobny efekt jak gwizdanie na cmentarzu podczas pogrzebu. Tych kiboli nie interesuje dyskusja o sztuce ani wolności słowa. Oni woleliby, żeby krytycy z lewicujących czasopism i portali wyszli naparzać się z nimi na gołe klaty pod teatrem. Wtedy ktoś by komuś mocniej przypierdolił i kwestię rozstrzygnął, tak jak rozstrzyga się kwestię "czyj klub rzondzi". Przykro mi rozczarować tych dżentelmenów, ale lewacy chyba nie dojrzeli jeszcze do posiadania własnej bojówki, która kastetami szerzyłaby tolerancję i wolność słowa, tak jak wy glanami szerzycie miłość bliźniego i patriotyzm. Cywilizowani panowie w kraciastych marynarkach ani panie w pretensjonalnych okularach nie wyjdą się z wami lać.

Na razie.

13:14, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2014
Prawo do nie wożenia Murzynów tramwajem, czyli o wolnościach słów kilka

Pociągnę temat katolickich lekarzy, aptekarzy i tramwajarzy, bo mnie rusza.

Ja rozumiem, że każdy ma swoje poglądy. Spoko. Niemniej, wybieranie zawodu, a co więcej, podejmowanie potem związanej z nim pracy (w przypadku lekarzy i aptekarzy ciężko mówić o przypadkowości podjętej pracy, tam nie ma osób z przysłowiowej ulicy) wiąże się z takim niezbędnym punktem jak poznanie zakresu obowiązków, które zgadzamy się wykonywać za pobierane wynagrodzenie. 

I teraz niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego każdy normalny robol, taki jak ja, ma do wyboru tylko "zgadzasz się na wszystkie obowiązki albo spadaj, przyjmiemy kogoś nowego", a katolicki lekarz czy aptekarz domaga się prawa, by PO nawiązaniu stosunku pracy za obopólną chęcią i zgodą od części przewidywanych obowiązków się wymigać? Bo się nie podobają? Cóż, mnie też się cała masa prac nie podoba i właśnie dlatego ich nie podejmuję. Byłoby dziwne, gdyby ktoś idąc do pracy do rzeźni oznajmił, że jest muzułmaninem i owszem, konia zabije, ale świni już nie, bo to kontakt z nieczystością. A inny by oznajmił, że jest hinduistą i świnka nie stanowi problemu, ale z kolei krowa jest wykluczona. Każdy normalny pracodawca, słysząc takie teksty, powiedziałby "hola mili państwo, albo wykonujecie wszystkie obowiązki, albo wypad z baru". Tak samo usłyszałby na przykład muzułmański barman, który odmawiałby sprzedaży napojów alkoholowych (soczki i gazowane OK) albo żydowski kierownik siłowni, który kazałby ćwiczyć osobno kobietom w trakcie okresu. 

Tymczasem w całej dyskusji o katolickich tych i owych zapomina się, że to są ludzie, którzy podejmowali się swoich zawodów WIEDZĄC, z czym się wiążą. I jak wygląda w tej kwestii polskie prawo. Mogą sobie prywatnie nie popierać in vitro, badań prenatalnych, przeszczepów czy transfuzji krwi. Mogą uznawać, że cierpienie uszlachetnia. Spoko. Ale w pracy wykonują swoje cholerne obowiązki. Dziwne, że nikt nie walczy o to, aby inne grupy społeczne mogły nie wykonywać swojej roboty jak należy. Wyobrażacie sobie, jak idę do szefowej i mówię "wiesz co, fajnie tu jest i w ogóle, ale tak zasadniczo to i tamto jest sprzeczne z moimi przekonaniami, więc nie będę tego robić. A w ogóle, to klient X mi się nie podoba, więc odmawiam kontaktów z nim." Czy wyobrażacie sobie, że ateistyczna pani w banku nie obsługuje księdza? Że ateistyczny sędzia oznajmia publicznie, że będzie rozstrzygał sprawy zawsze na niekorzyść strony wierzącej? Albo konduktor PKP oznajmi, że nie będzie woził czarnych? Dlaczego w cywilizowanych państwach WSZYSCY zostawiają prywatne poglądy wchodząc w drzwi zakładu pracy, a jedna grupa zawodowa domaga się bycia świętą (nomen omen) krową w tym zakresie?

Idźmy dalej. Załóżmy, że do lekarza idzie pani X. W trakcie badań okazuje się, że istnieją poważne wady u płodu. Lekarz obawia się, że informacja o tym może spowodować, że pani X skorzysta z legalnej aborcji. Może nie u niego, ale tak czy owak skorzysta. Czy w tym momencie "wyższość prawa boskiego nad ludzkim" upoważnia lekarza, by okłamał panią X? Czy w tym momencie prawo pani X do rzetelnej porady lekarskiej może być zniesione przez jego prawo do wolności sumienia?

Może mniej dramatycznie. Znany ateista pan Y idzie do lekarza, jedynego w miasteczku specjalisty od leczenia bezpłodności. Lekarz odmawia udzielania pomocy panu Y, ponieważ żyje on w konkubinacie, a deklaracja wiary mówi wyraźnie, że tych sakralnych narządów wolno używać tylko ludziom związanych katolickim małżeństwem. Pan Y zostaje odesłany z kwitkiem. Aby znaleźć innego lekarza od bezpłodności, musi jechać do innego miasta. Dlaczego to pan Y ma ponosić tego koszty? Czemu nie lekarz, który właśnie ograniczył jego dostęp do usług medycznych? Dlaczego nie NFZ, który nie zapewnia w tym samym miasteczku lekarza, który przyjmuje wszystkich pacjentów, nie selekcjonując ich? Okej, ja wiem, że nie każdemu pacjentowi można zagwarantować, że zostanie przyjęty i otrzyma odpowiednie usługi - z różnych powodów. Ale na pewno nie można ograniczyć dostępu pacjenta do medycyny z powodu poglądu lekarza!

Czy zastrzeganie sobie prawa do wybierania pacjentów, którym się pomoże oraz zakresu usług, które się będzie świadczyć, nie narusza przypadkiem prawa tych pacjentów do równego traktowania? Czy to, że lekarz ginekolog pomoże pacjentce, która jest w "ślubnej" ciąży, a odmówi pomocy tej w "ciąży konkubenckiej" nie jest przypadkiem dyskryminacją tej drugiej? Czy odmowa świadczenia legalnych usług pacjentom (in vitro, antykoncepcja, przeszczep, aborcja w pewnych przypadkach) nie ogranicza ich prawa do zdrowia i dobrostanu? Tym bardziej, gdy lekarz zatrudniony przez NFZ odsyła pacjentów do gabinetów prywatnych? 

W Polsce i tak cholernie trudno dopchać się do jakiegokolwiek specjalisty. Deklaracja wiary czyni tę sprawę jeszcze trudniejszą, de facto dyskryminując ludzi o poglądach niekatolickich. To chyba logiczne, że skoro nie zamierzam ryzykować swoim życiem i zdrowiem na wypadek komplikacji ciąży, to w ogóle nie będę się zapisywać do położnika-katolika. Nawet, jeśli tej ciąży jeszcze nie planuję i chcę tylko zrobić cytologię. Bo jak zajdę w ciążę i będę potrzebowała szybkiej pomocy czy konsultacji, to nie będzie czasu się przepisywać, szukać nowego specjalisty, czekać na termin i robić od nowa badań. Zatem mój wybór już na wstępie jest bardziej ograniczony niż kobiety zgadzającej się ze wszystkimi poglądami sygnatariuszy deklaracji wiary. Państwo, rzecz jasna, nie zamierza zadbać o to, aby dostęp do lekarzy "bez sumienia" był tak samo dobry, jak do "sumienioterrorystów". A co tam, niech się pacjenci sami martwią. Ostatecznie, przedstawiciele naszej władzy wraz z całymi rodzinami i tak leczą się u zaufanych, prywatnych specjalistów. Umówmy się, Kasi Tusk nikt nie odeśle z kwitkiem, gdy będzie rozpaczliwie potrzebowała tabletki 72h. Za to Basię Zusk z Ozorkowa już jak najbardziej może to spotkać, wystarczy, że ma pecha.

Nie da się też ukryć, że cała awantura z deklaracjami wiary uderza przede wszystkim w kobiety w wieku rozrodczym. To one są żywotnie zainteresowane wszystkimi kwestiami, które stanowią problem dla sumienioterrorystów. Czy dostanę antykoncepcję? Czy dostanę antykoncepcję awaryjną? Czy w razie problemów z ciążą mam szanse na sztuczne zapłodnienie? Czy podczas ciąży powie mi się uczciwie o stanie płodu? Czy w razie wad płodu i ryzyka mojego zdrowia i życia mam szanse na legalną i bezpieczną aborcję? Czy w czasie porodu życie moje i dziecka będzie priorytetem, a nie poglądy lekarza na rodzenie w bólu siłami natury? 

To nie jest jakieś pierdu pierdu w stylu "barman odmówił mi sprzedaży kanapki z szynką, powołując się na swoje sumienie". To są kwestie życia i śmierci czasami, a na pewno zdrowia. Niejedna ideologiczna katoliczka błyskawicznie zmieniła zdanie, gdy się okazało, że nie ma szans na naturalne zapłodnienie albo gdy ciąża może zagrażać jej fizycznemu bytowi. Takie sytuacje w try miga weryfikują poglądy. Pamiętam też jednego szumnego katolika, co pełen był frazesów o życiu poczętym, za to gdy jego dziewczyna powiedziała mu, że może być w ciąży, jego pierwszą reakcją było "w takim razie usuniesz". Lekarz, który nie poniesie żadnych konsekwencji swoich decyzji o CZYIMŚ ciele (przynajmniej nie w Polsce, sądząc po najgłośniejszych sprawach o odszkodowania), może sobie być katolickim betonem. W razie czego konsekwencje jego niezłomności poniosą przecież TYLKO pacjenci, prawda?

Dopisek

Widzę często ten argument "skoro ci się nie podoba klauzula sumienia, idź do kogoś innego". I porównuje się to z jakimś fachowcem nieprzyjmującym zlecenia albo jadłodajnią, gdzie podają tylko potrawy wege, bo właściciel jest niemięsożerny. Cóż za problem wziąć swoje pieniądze i iść gdzie indziej itd.

Tak, w przypadku usług i towarów na wolnym rynku, jest to prawda. Kelner nie chce mnie obsłużyć, dziękuję, do widzenia, nie zarobicie dzisiaj na mnie. Kosmetyk testowany na zwierzętach, nie ma problemu, wybieram z półki inny. Jednak w przypadku służby zdrowia wszyscy zapominają o tym, że lekarz na NFZ to nie jest prywatna usługa! Lekarz z klauzulą sumienia dostaje moje pieniądze niezależnie od tego, czy mnie obsłuży. Ja nie mam żadnej możliwości zastrzeżenia sobie, że moje składki nie będą szły na katolickich lekarzy. Jasne, jeśli taki lekarz ma sumienie tylko prywatnie, to prywatnie on sobie może przyjmować tylko w czwartki o 22 i tylko blondynów w beretach czystej krwi aryjskiej. I gie komu do tego. Ale nie może sobie takich obostrzeń stawiać w praktyce publicznej, gdzie pieniądze bierze od wszystkich. Składka zdrowotna to coś w rodzaju abonamentu. Nie może być tak, że płacicie za cały pakiet TV, a potem obsługa nadajników stwierdza sobie, że ten film jej się nie podoba, więc ci go nie puści. Każdy urząd ochrony konsumentów rozniósłby takiego nadawcę na strzępy.  

Zatem lekarzu z sumieniem - skoro nie chcesz wykonywać swojej pracy, oddawaj nasze pieniądze. 

20:04, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (19) »
piątek, 23 maja 2014
Deklaracje

Abp Hoser apeluje do lekarzy, by podpisywali "Deklarację wiary".

"Deklaracja wiary" jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Podpisując ją lekarze i studenci medycyny zobowiązują się do wierności Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu.

No fajnie, a jeśli chrześcijańskie sumienie i wierność Bogu będzie stała w sprzeczności z interesem pacjenta i podmiotowym potraktowaniem go, to co wygra? I jak można zabezpieczyć się przed napotkaniem takiego lekarza, co jest wierny wytycznym abpa Hosera, a nie przysiędze Hipokratesa? 

Uważam, że skoro już ktoś podpisuje taką deklarację, powinien uczynić z tego sprawę publiczną i wywiesić ją na drzwiach gabinetu. Coby dawać świadectwo wiary i coby pacjenci, co nie przejmują się chrześcijańskim sumieniem wiedzieli z góry, żeby się nie zapisywać. 

Jak nie nadziać się na gościa, który będzie mnie terroryzował swoim sumieniem? Po czym to poznać? Jeśli bym chciała zajść w ciążę, sprawa robi się gardłowa, bo niejeden chrześcijański lekarz woli ryzykować życiem lub zdrowiem pacjentki niż dopuścić do aborcji (nawet legalnej). Czy w jakikolwiek inny sposób ingerować w cud naturalnego poczęcia i porodu. Siłami natury, rzecz jasna, bo cesarki są dla wygodnickich paniuś, co się naczytały Wysokich Obcasów i teraz wydziwiają. 

A może zamiast "deklaracji wiary" prosta tabliczka na ścianie poradni "Tutaj się szanuje prawa pacjentów", "Tutaj leczymy, nie nawracamy", "Szanujemy poglądy i podmiotowość pacjentów"? Chociaż, sądząc po doświadczeniach, do tego typu lekarzy i tak ustawiają się tłumy, bo to idzie pocztą pantoflową. Trzeba tylko powiedzieć to głośno, stworzyć jakąś alternatywę. Pokazać, że szacunek wobec odrębności sumienia pacjenta jest wartością, a nie tylko brakiem innej wartości. 

19:17, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (13) »
piątek, 02 maja 2014
Sama nie wiem, co o tym myśleć

- ...I na koniec życzę ci z okazji urodzin jakichś wnuków - moja teściowa składa życzenia mojemu tacie. 

- Dzięki. My już z żoną od paru lat w ten intencji krzyżem leżymy - odpalił mój tata bezbożnik. 

I teraz się zastanawiam, kogo strollował lepiej: nas czy teściową :]

Tagi: rodzina
16:35, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Święty, święty i po świętym, czyli krajobraz 28 kwietnia

Kanonizacja i po kanonizacji. Ekscytacja i po ekscytacji. Karol Wojtyła został świętym, a razem z nim jakiś Włoch, kto by się nim przejmował (powymyślał różne SVII, więc najbardziej prawiczy z prawików go nie tylko olewają, ale i hejtują). Przyznam uczciwie, że ostatni odcinek serialu pt. "Jan Paweł II" też trochę olałam, poczytałam kilka felietonów po fakcie, wot i wsio. Doprawdy zadziwiające jest, jak bardzo zmieniła się narracja od roku 2005. A może to i skutek tego, że kiedy umiera ważna postać, wszyscy jakoś to odczuwają, natomiast kanonizacja jest jednak świętem tylko praktykujących katolików (cokolwiek na ten temat twierdzi stosowna ustawa)? Znalazło się miejsce na głosy krytyczne, wszystkie zarzuty zresztą dobrze już znane, bo od 2005 roku wyszło tego multum, powoli i mozolnie przebija się do polskiego mainstreamu ten krytyczny dyskurs wobec JP2. Ale co jest naprawdę interesujące, to wypowiedzi z 28 kwietnia. O tym, co pozostaje, gdy się zamiecie biało-żółte girlandy. 

A zostaje zastanawiająco niewiele. Nikt już nawet łacha nie drze z pokolenia jotpedwa, bo to już zwyczajnie przestało być śmieszne, pojęcie sprało się do cna i nikt za bardzo nie pamięta, o co miało w tym chodzić. Cudem obalenia komunizmu też się trochę ciężko już podniecać, tym bardziej, gdy prawa strona od lat już jedzie na koncepcie, że żaden komunizm obalony nie został, że to łeż, układ i spiseg. No to tak trochę głupio.  Encykliki? Eeee tam. Wiersze? Taktownie przestaje się o nich mówić, chociaż gdzieś po szkołach jeszcze wychowują na tych wypocinach nowe pokolenie wojujących antyklerykałów. Kremówki? Tak, kremówki zapewne.

28 kwietnia zaszumiały głosy, że teraz to już trochę nie ma na czym budować pijaru. Że polski katolicyzm żerował najpierw na śmierci polskiego papieża, potem na beatyfikacji, wreszcie doszło do kanonizacji. Świetnie, marzenia się spełniły, teraz miliony rodaków mogą z czystym sumieniem już mieć temat w dupie. JP2 robi się tym samym mało klikalny. Pewnie będzie wracał czasem w folklorze okolicznościowym typu rocznice. Zepchnięty na półkę z wesołymi, kolorowymi dewocjonaliami. Niczego to nie zmienia, laicyzacja Polski jak szła, tak idzie dalej, wzruszając ramionami. Nawet przy okazji kanonizacji nikt głośno nie krzyczał o odrodzeniu religijności w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie, skoro o tym mowa. Beknęło tylko parę głosów, żeby chociaż w dzień kanonizacji nie kopać leżącego. Paru lewaków pojechało po bandzie wyśmiewając całą imprezę, czym się nawet zbytnio opinia publiczna nie przejęła. 

No to, smacznych kremówek. Ja na diecie tymczasem jestem. 

18:51, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
A tak wielkanocnie

-No i po co wyciągać koszyczek wielkanocny, jak żadne z nas nie pójdzie z nim do święcenia? - pyta najlepszy z małżonków.

-Ten pusty koszyczek - oznajmiam uroczyście - symbolizuje pustkę religijną naszego domu.

Merry Wielkanoc, everyone. 

Tagi: święta
11:15, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15