Centrala antyewangelizacyjna w Twoim domu
Zakładki:
Ateizm
Inne
Katoliccy publicyści
Know-how
Nauka
Religijne
Tagi
PustaMiska - akcja charytatywna
RSS
środa, 27 sierpnia 2014
Jak nie zostaliśmy chrzestnymi

Chrzestny to jest ciekawa społeczna instytucja. Zabawne, jak silnie wciąż pokutuje przesąd, że chrzestny jest zastępczym rodzicem na wypadek śmierci biologicznych. Pamiętam, że w dzieciństwie cały czas mnie okropnie zastanawiało, jak by to wyglądało w praktyce. Czy tata ożeniłby się z moją chrzestną? Ale ona ma męża! A może moi chrzestni musieliby wziąć ślub, żeby mnie wychować? A jeśli ktoś ma więcej chrześniaków, to którym miałby się zająć? No i co z moją siostrą, przecież ona ma zupełnie innych chrzestnych? Czy by nas wtedy rozdzielili? 

Tyle rozważań małej dziewczynki. Potem dorosłam i kapnęłam się, że po śmierci rodziców istnieją takie instytucje jak dziadkowie, rodzeństwo rodziców itd., ale w dalszym ciągu nie było dla mnie jasne, czy chrzestny ma w moim życiu pełnić jakąś rolę. Prezentów na osiemnastkę nie dostałam żadnych, na ślubie był tylko chrzestny i to jakoś tak w sumie rzutem na taśmę, bo akurat z daleko przyjechał. Dobrze, że mi go rodzice przedstawili, bo od komunii człowieka nie widziałam. W każdym razie żadne z nas tego chrzestnowacenia nie przeżywało i z tego, co się zorientowałam w rozmowach ze znajomymi, jest to sytuacja raczej powszechna. Oczywiście nie neguję faktu, że dla kogoś chrzestny jest po prostu członkiem rodziny lub jej bliskim przyjacielem. 

Tymczasem koleżanka się kiedyś wyżaliła, że wszystkie jej przyjaciółki antykościelne (tak, to pod moim adresem też było), więc nie ma kogo na chrzestną wziąć i cyt. "jej dziećmi zajmują się jacyś inni ludzie, a wolałabym, żeby wy". W odpowiedzi polałyśmy dziewczynie wina i wytłumaczyłyśmy, że jak kiedyś wpadnie pod tramwaj, to się jej potomstwem chętnie zaopiekujemy, ale niech w związku z tym nie angażuje nas w przynoszenie kartek z parafii, przystępowanie do spowiedzi i generalnie udawanie kogoś, kim nie jesteśmy. 

Z drugiej natomiast strony, jeśli by ktoś chciał być autentyczny i całą zabawę traktować poważnie, to też ma pod górkę. Szwagier chciał ochrzcić dziecię, po krótkim namyśle uznali z żoną, że brat (czyli mój mąż) się do zostania chrzestnym nie nadaje. Dla nas spoko luz, dla nich chyba też, po prostu wzięli innych chrzestnych. Natomiast im bliżej samego chrztu, tym atmosfera w rodzinie stawała się dziwniejsza. Ponieważ po drodze okazało się, że w rodzinie jest foch przez wielkie F. Szwagierka zagadała mnie kiedyś na boku, w ciom dieła. Ustaliłyśmy, że jeśli chodzi o nas, to nic się nie dzieje. Ich decyzję szanujemy, z faktu nieobłożenia nas tym zaszczytem nawet się cieszymy. Oni się cieszą, że my się cieszymy i w ogóle panuje taki czilaut, że Bob Marley poczerwieniałby z zazdrości. 

Jednakowoż focha strzelił teść. Bo jakże to tak. Nikt z naszej rodziny nie jest chrzestnym? A dlaczego miałby być? "Bo tak zwykle jest". Nastąpiła na dodatek jakaś wymiana zdań pomiędzy nim a teściową, po której on doszedł do wniosku, żeśmy "niegodni". I się obraził, chociaż generalnie na kościelne zaszczyty smarcze zielonym glutem. Zaraz po nim obraziła się jego mama, czyli babcia. Chyba dla towarzystwa. Najzabawniej, że tym razem teściowa zachowuje się bardzo rozsądnie i broni prawa młodych do własnej decyzji, a nie męczenia się wszystkich w imię konwenansów. To jest akurat fajne u ludzi mocniej wierzących: zwykle traktują swoją wiarę poważnie. 

Chrzciny to dla niewierzących trudna okazja, właśnie z uwagi na ten aspekt społeczno-rodzinny. Z jednej strony to religijna rola, przynajmniej dla niektórych. Z drugiej, znacznie częściej, propozycja zostania chrzestnym to zaszczyt i objaw przyjaźni, którego odrzucenie jest afrontem. Można machnąć ręką na zasadzie "chcą szopki, będą mieli", jak mój kolega, który został dubeltowym chrzestnym dzięki sprokurowanej "karteczce", bo chciał zrobić przyjemność siostrze. Można też iść w zaparte i odmówić robienia przedstawienia. Co więcej, chrzestny ma nieco więcej kontaktu z instytucjonalną religią niż chociażby świadek ślubu - bo komunia, bo spowiedź, wreszcie jakaś opinia od proboszcza jest często egzekwowana. 

A wy? Macie jakieś doświadczenia?

22:38, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (7) »
sobota, 28 czerwca 2014
Ja nie widziałam tego spektaklu, ale kiedy go oglądałam, to mnie obrażał

Byłam na Golgota Picnic, z czystej ciekawości, o co tyle szumu. Niestety po obejrzeniu dalej nie wiem. Spektakl jest mocno bełkotliwy i przede wszystkim nudny w chuj, chociaż ma błyskotliwe przebłyski i znam osoby, którym się nawet podobało (chociaż bez fajerwerków). Terlikowski i koledzy zrobili Garcii mocną przysługę, bo z niszowego spektaklu hit, który każdy chce obejrzeć. Przy czym chyba sami krucjatorzy różańcowi nie zdają sobie sprawę, jaką są skuteczną reklamą dla tego typu dzieł i dziełek. Od lat zresztą powtarzam znajomym artystom, że powinni zajawki swojej twórczości, wraz z odpowiednio zbulwersowanym komentarzem, podrzucać na forum Frondy, byle tylko zyskać etykietkę "kontrowersyjnych". Potem już samo pójdzie, podniecony tłum rzucający się na dzieła, nagle cały kraj zna twoje nazwisko i tytuł, wywiady na czołówkach, 5 miliardów wyszukiwań w Google, fanpage na fejsbuku lajkuje 10 milionów osób, te sprawy. 

I już nie chodzi nawet o tłumaczenie ludziom, co słusznie uczynił reżyser (swoją drogą uśmiałam się czytając jego wyjaśnienie dla maluczkich "o co w mej sztuce chodzi"), że nie zaszła żadna religijna cenzura, bo ani łyse pały ani babcie z koronkami nie mają żadnej mocy, aby odwołać przedstawienie. Festiwal Malta rymnął na kolana i ocenzurował się sam. Aczkolwiek tutaj muszę przyznać słuszność jednemu znajomemu, że być może jest to takie odwołanie "z własnej woli" jak czasem "z własnej woli" oddaje się pieniądze troskliwym panom ("masz jakiś problem") w ciemnych uliczkach pod blokiem. 

Nie chodzi też wcale o podkreślanie, że cała awantura jest odwracaniem kota ogonem, bo znowu ludzie, którym nikt do obcowania z jakimś rodzajem sztuki nie zmusza, czują się nim atakowani i obrażani. Jak to ktoś słusznie zauważył, katolicy są w Polsce tak prześladowani, jak Niemcy przez Żydów przed 1939 rokiem. Mityczna mniejszość uciska większość - jeśli nie czynnie (bo tutaj ciężko coś takiego wskazać) to samym tym, że JEST, że myśli i zachowuje się inaczej. 

Tutaj nie chodzi o żadną dyskusję: ani nad sztuką, ani nad wolnością słowa, ani nad granicami prawa protestu, kompletnie też nie chodzi o to, czy sztuka jest po prostu dobra. Chodzi o igrzyska. Katolicy rzucili się na Garcię, by zademonstrować samą swoją obecność, pohuczeć w mediach. Podobny efekt jak gwizdanie na cmentarzu podczas pogrzebu. Tych kiboli nie interesuje dyskusja o sztuce ani wolności słowa. Oni woleliby, żeby krytycy z lewicujących czasopism i portali wyszli naparzać się z nimi na gołe klaty pod teatrem. Wtedy ktoś by komuś mocniej przypierdolił i kwestię rozstrzygnął, tak jak rozstrzyga się kwestię "czyj klub rzondzi". Przykro mi rozczarować tych dżentelmenów, ale lewacy chyba nie dojrzeli jeszcze do posiadania własnej bojówki, która kastetami szerzyłaby tolerancję i wolność słowa, tak jak wy glanami szerzycie miłość bliźniego i patriotyzm. Cywilizowani panowie w kraciastych marynarkach ani panie w pretensjonalnych okularach nie wyjdą się z wami lać.

Na razie.

13:14, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
czwartek, 29 maja 2014
Prawo do nie wożenia Murzynów tramwajem, czyli o wolnościach słów kilka

Pociągnę temat katolickich lekarzy, aptekarzy i tramwajarzy, bo mnie rusza.

Ja rozumiem, że każdy ma swoje poglądy. Spoko. Niemniej, wybieranie zawodu, a co więcej, podejmowanie potem związanej z nim pracy (w przypadku lekarzy i aptekarzy ciężko mówić o przypadkowości podjętej pracy, tam nie ma osób z przysłowiowej ulicy) wiąże się z takim niezbędnym punktem jak poznanie zakresu obowiązków, które zgadzamy się wykonywać za pobierane wynagrodzenie. 

I teraz niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego każdy normalny robol, taki jak ja, ma do wyboru tylko "zgadzasz się na wszystkie obowiązki albo spadaj, przyjmiemy kogoś nowego", a katolicki lekarz czy aptekarz domaga się prawa, by PO nawiązaniu stosunku pracy za obopólną chęcią i zgodą od części przewidywanych obowiązków się wymigać? Bo się nie podobają? Cóż, mnie też się cała masa prac nie podoba i właśnie dlatego ich nie podejmuję. Byłoby dziwne, gdyby ktoś idąc do pracy do rzeźni oznajmił, że jest muzułmaninem i owszem, konia zabije, ale świni już nie, bo to kontakt z nieczystością. A inny by oznajmił, że jest hinduistą i świnka nie stanowi problemu, ale z kolei krowa jest wykluczona. Każdy normalny pracodawca, słysząc takie teksty, powiedziałby "hola mili państwo, albo wykonujecie wszystkie obowiązki, albo wypad z baru". Tak samo usłyszałby na przykład muzułmański barman, który odmawiałby sprzedaży napojów alkoholowych (soczki i gazowane OK) albo żydowski kierownik siłowni, który kazałby ćwiczyć osobno kobietom w trakcie okresu. 

Tymczasem w całej dyskusji o katolickich tych i owych zapomina się, że to są ludzie, którzy podejmowali się swoich zawodów WIEDZĄC, z czym się wiążą. I jak wygląda w tej kwestii polskie prawo. Mogą sobie prywatnie nie popierać in vitro, badań prenatalnych, przeszczepów czy transfuzji krwi. Mogą uznawać, że cierpienie uszlachetnia. Spoko. Ale w pracy wykonują swoje cholerne obowiązki. Dziwne, że nikt nie walczy o to, aby inne grupy społeczne mogły nie wykonywać swojej roboty jak należy. Wyobrażacie sobie, jak idę do szefowej i mówię "wiesz co, fajnie tu jest i w ogóle, ale tak zasadniczo to i tamto jest sprzeczne z moimi przekonaniami, więc nie będę tego robić. A w ogóle, to klient X mi się nie podoba, więc odmawiam kontaktów z nim." Czy wyobrażacie sobie, że ateistyczna pani w banku nie obsługuje księdza? Że ateistyczny sędzia oznajmia publicznie, że będzie rozstrzygał sprawy zawsze na niekorzyść strony wierzącej? Albo konduktor PKP oznajmi, że nie będzie woził czarnych? Dlaczego w cywilizowanych państwach WSZYSCY zostawiają prywatne poglądy wchodząc w drzwi zakładu pracy, a jedna grupa zawodowa domaga się bycia świętą (nomen omen) krową w tym zakresie?

Idźmy dalej. Załóżmy, że do lekarza idzie pani X. W trakcie badań okazuje się, że istnieją poważne wady u płodu. Lekarz obawia się, że informacja o tym może spowodować, że pani X skorzysta z legalnej aborcji. Może nie u niego, ale tak czy owak skorzysta. Czy w tym momencie "wyższość prawa boskiego nad ludzkim" upoważnia lekarza, by okłamał panią X? Czy w tym momencie prawo pani X do rzetelnej porady lekarskiej może być zniesione przez jego prawo do wolności sumienia?

Może mniej dramatycznie. Znany ateista pan Y idzie do lekarza, jedynego w miasteczku specjalisty od leczenia bezpłodności. Lekarz odmawia udzielania pomocy panu Y, ponieważ żyje on w konkubinacie, a deklaracja wiary mówi wyraźnie, że tych sakralnych narządów wolno używać tylko ludziom związanych katolickim małżeństwem. Pan Y zostaje odesłany z kwitkiem. Aby znaleźć innego lekarza od bezpłodności, musi jechać do innego miasta. Dlaczego to pan Y ma ponosić tego koszty? Czemu nie lekarz, który właśnie ograniczył jego dostęp do usług medycznych? Dlaczego nie NFZ, który nie zapewnia w tym samym miasteczku lekarza, który przyjmuje wszystkich pacjentów, nie selekcjonując ich? Okej, ja wiem, że nie każdemu pacjentowi można zagwarantować, że zostanie przyjęty i otrzyma odpowiednie usługi - z różnych powodów. Ale na pewno nie można ograniczyć dostępu pacjenta do medycyny z powodu poglądu lekarza!

Czy zastrzeganie sobie prawa do wybierania pacjentów, którym się pomoże oraz zakresu usług, które się będzie świadczyć, nie narusza przypadkiem prawa tych pacjentów do równego traktowania? Czy to, że lekarz ginekolog pomoże pacjentce, która jest w "ślubnej" ciąży, a odmówi pomocy tej w "ciąży konkubenckiej" nie jest przypadkiem dyskryminacją tej drugiej? Czy odmowa świadczenia legalnych usług pacjentom (in vitro, antykoncepcja, przeszczep, aborcja w pewnych przypadkach) nie ogranicza ich prawa do zdrowia i dobrostanu? Tym bardziej, gdy lekarz zatrudniony przez NFZ odsyła pacjentów do gabinetów prywatnych? 

W Polsce i tak cholernie trudno dopchać się do jakiegokolwiek specjalisty. Deklaracja wiary czyni tę sprawę jeszcze trudniejszą, de facto dyskryminując ludzi o poglądach niekatolickich. To chyba logiczne, że skoro nie zamierzam ryzykować swoim życiem i zdrowiem na wypadek komplikacji ciąży, to w ogóle nie będę się zapisywać do położnika-katolika. Nawet, jeśli tej ciąży jeszcze nie planuję i chcę tylko zrobić cytologię. Bo jak zajdę w ciążę i będę potrzebowała szybkiej pomocy czy konsultacji, to nie będzie czasu się przepisywać, szukać nowego specjalisty, czekać na termin i robić od nowa badań. Zatem mój wybór już na wstępie jest bardziej ograniczony niż kobiety zgadzającej się ze wszystkimi poglądami sygnatariuszy deklaracji wiary. Państwo, rzecz jasna, nie zamierza zadbać o to, aby dostęp do lekarzy "bez sumienia" był tak samo dobry, jak do "sumienioterrorystów". A co tam, niech się pacjenci sami martwią. Ostatecznie, przedstawiciele naszej władzy wraz z całymi rodzinami i tak leczą się u zaufanych, prywatnych specjalistów. Umówmy się, Kasi Tusk nikt nie odeśle z kwitkiem, gdy będzie rozpaczliwie potrzebowała tabletki 72h. Za to Basię Zusk z Ozorkowa już jak najbardziej może to spotkać, wystarczy, że ma pecha.

Nie da się też ukryć, że cała awantura z deklaracjami wiary uderza przede wszystkim w kobiety w wieku rozrodczym. To one są żywotnie zainteresowane wszystkimi kwestiami, które stanowią problem dla sumienioterrorystów. Czy dostanę antykoncepcję? Czy dostanę antykoncepcję awaryjną? Czy w razie problemów z ciążą mam szanse na sztuczne zapłodnienie? Czy podczas ciąży powie mi się uczciwie o stanie płodu? Czy w razie wad płodu i ryzyka mojego zdrowia i życia mam szanse na legalną i bezpieczną aborcję? Czy w czasie porodu życie moje i dziecka będzie priorytetem, a nie poglądy lekarza na rodzenie w bólu siłami natury? 

To nie jest jakieś pierdu pierdu w stylu "barman odmówił mi sprzedaży kanapki z szynką, powołując się na swoje sumienie". To są kwestie życia i śmierci czasami, a na pewno zdrowia. Niejedna ideologiczna katoliczka błyskawicznie zmieniła zdanie, gdy się okazało, że nie ma szans na naturalne zapłodnienie albo gdy ciąża może zagrażać jej fizycznemu bytowi. Takie sytuacje w try miga weryfikują poglądy. Pamiętam też jednego szumnego katolika, co pełen był frazesów o życiu poczętym, za to gdy jego dziewczyna powiedziała mu, że może być w ciąży, jego pierwszą reakcją było "w takim razie usuniesz". Lekarz, który nie poniesie żadnych konsekwencji swoich decyzji o CZYIMŚ ciele (przynajmniej nie w Polsce, sądząc po najgłośniejszych sprawach o odszkodowania), może sobie być katolickim betonem. W razie czego konsekwencje jego niezłomności poniosą przecież TYLKO pacjenci, prawda?

Dopisek

Widzę często ten argument "skoro ci się nie podoba klauzula sumienia, idź do kogoś innego". I porównuje się to z jakimś fachowcem nieprzyjmującym zlecenia albo jadłodajnią, gdzie podają tylko potrawy wege, bo właściciel jest niemięsożerny. Cóż za problem wziąć swoje pieniądze i iść gdzie indziej itd.

Tak, w przypadku usług i towarów na wolnym rynku, jest to prawda. Kelner nie chce mnie obsłużyć, dziękuję, do widzenia, nie zarobicie dzisiaj na mnie. Kosmetyk testowany na zwierzętach, nie ma problemu, wybieram z półki inny. Jednak w przypadku służby zdrowia wszyscy zapominają o tym, że lekarz na NFZ to nie jest prywatna usługa! Lekarz z klauzulą sumienia dostaje moje pieniądze niezależnie od tego, czy mnie obsłuży. Ja nie mam żadnej możliwości zastrzeżenia sobie, że moje składki nie będą szły na katolickich lekarzy. Jasne, jeśli taki lekarz ma sumienie tylko prywatnie, to prywatnie on sobie może przyjmować tylko w czwartki o 22 i tylko blondynów w beretach czystej krwi aryjskiej. I gie komu do tego. Ale nie może sobie takich obostrzeń stawiać w praktyce publicznej, gdzie pieniądze bierze od wszystkich. Składka zdrowotna to coś w rodzaju abonamentu. Nie może być tak, że płacicie za cały pakiet TV, a potem obsługa nadajników stwierdza sobie, że ten film jej się nie podoba, więc ci go nie puści. Każdy urząd ochrony konsumentów rozniósłby takiego nadawcę na strzępy.  

Zatem lekarzu z sumieniem - skoro nie chcesz wykonywać swojej pracy, oddawaj nasze pieniądze. 

20:04, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (19) »
piątek, 23 maja 2014
Deklaracje

Abp Hoser apeluje do lekarzy, by podpisywali "Deklarację wiary".

"Deklaracja wiary" jest wotum wdzięczności za kanonizację Jana Pawła II. Podpisując ją lekarze i studenci medycyny zobowiązują się do wierności Bogu i chrześcijańskiemu sumieniu.

No fajnie, a jeśli chrześcijańskie sumienie i wierność Bogu będzie stała w sprzeczności z interesem pacjenta i podmiotowym potraktowaniem go, to co wygra? I jak można zabezpieczyć się przed napotkaniem takiego lekarza, co jest wierny wytycznym abpa Hosera, a nie przysiędze Hipokratesa? 

Uważam, że skoro już ktoś podpisuje taką deklarację, powinien uczynić z tego sprawę publiczną i wywiesić ją na drzwiach gabinetu. Coby dawać świadectwo wiary i coby pacjenci, co nie przejmują się chrześcijańskim sumieniem wiedzieli z góry, żeby się nie zapisywać. 

Jak nie nadziać się na gościa, który będzie mnie terroryzował swoim sumieniem? Po czym to poznać? Jeśli bym chciała zajść w ciążę, sprawa robi się gardłowa, bo niejeden chrześcijański lekarz woli ryzykować życiem lub zdrowiem pacjentki niż dopuścić do aborcji (nawet legalnej). Czy w jakikolwiek inny sposób ingerować w cud naturalnego poczęcia i porodu. Siłami natury, rzecz jasna, bo cesarki są dla wygodnickich paniuś, co się naczytały Wysokich Obcasów i teraz wydziwiają. 

A może zamiast "deklaracji wiary" prosta tabliczka na ścianie poradni "Tutaj się szanuje prawa pacjentów", "Tutaj leczymy, nie nawracamy", "Szanujemy poglądy i podmiotowość pacjentów"? Chociaż, sądząc po doświadczeniach, do tego typu lekarzy i tak ustawiają się tłumy, bo to idzie pocztą pantoflową. Trzeba tylko powiedzieć to głośno, stworzyć jakąś alternatywę. Pokazać, że szacunek wobec odrębności sumienia pacjenta jest wartością, a nie tylko brakiem innej wartości. 

19:17, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (13) »
piątek, 02 maja 2014
Sama nie wiem, co o tym myśleć

- ...I na koniec życzę ci z okazji urodzin jakichś wnuków - moja teściowa składa życzenia mojemu tacie. 

- Dzięki. My już z żoną od paru lat w ten intencji krzyżem leżymy - odpalił mój tata bezbożnik. 

I teraz się zastanawiam, kogo strollował lepiej: nas czy teściową :]

Tagi: rodzina
16:35, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
Święty, święty i po świętym, czyli krajobraz 28 kwietnia

Kanonizacja i po kanonizacji. Ekscytacja i po ekscytacji. Karol Wojtyła został świętym, a razem z nim jakiś Włoch, kto by się nim przejmował (powymyślał różne SVII, więc najbardziej prawiczy z prawików go nie tylko olewają, ale i hejtują). Przyznam uczciwie, że ostatni odcinek serialu pt. "Jan Paweł II" też trochę olałam, poczytałam kilka felietonów po fakcie, wot i wsio. Doprawdy zadziwiające jest, jak bardzo zmieniła się narracja od roku 2005. A może to i skutek tego, że kiedy umiera ważna postać, wszyscy jakoś to odczuwają, natomiast kanonizacja jest jednak świętem tylko praktykujących katolików (cokolwiek na ten temat twierdzi stosowna ustawa)? Znalazło się miejsce na głosy krytyczne, wszystkie zarzuty zresztą dobrze już znane, bo od 2005 roku wyszło tego multum, powoli i mozolnie przebija się do polskiego mainstreamu ten krytyczny dyskurs wobec JP2. Ale co jest naprawdę interesujące, to wypowiedzi z 28 kwietnia. O tym, co pozostaje, gdy się zamiecie biało-żółte girlandy. 

A zostaje zastanawiająco niewiele. Nikt już nawet łacha nie drze z pokolenia jotpedwa, bo to już zwyczajnie przestało być śmieszne, pojęcie sprało się do cna i nikt za bardzo nie pamięta, o co miało w tym chodzić. Cudem obalenia komunizmu też się trochę ciężko już podniecać, tym bardziej, gdy prawa strona od lat już jedzie na koncepcie, że żaden komunizm obalony nie został, że to łeż, układ i spiseg. No to tak trochę głupio.  Encykliki? Eeee tam. Wiersze? Taktownie przestaje się o nich mówić, chociaż gdzieś po szkołach jeszcze wychowują na tych wypocinach nowe pokolenie wojujących antyklerykałów. Kremówki? Tak, kremówki zapewne.

28 kwietnia zaszumiały głosy, że teraz to już trochę nie ma na czym budować pijaru. Że polski katolicyzm żerował najpierw na śmierci polskiego papieża, potem na beatyfikacji, wreszcie doszło do kanonizacji. Świetnie, marzenia się spełniły, teraz miliony rodaków mogą z czystym sumieniem już mieć temat w dupie. JP2 robi się tym samym mało klikalny. Pewnie będzie wracał czasem w folklorze okolicznościowym typu rocznice. Zepchnięty na półkę z wesołymi, kolorowymi dewocjonaliami. Niczego to nie zmienia, laicyzacja Polski jak szła, tak idzie dalej, wzruszając ramionami. Nawet przy okazji kanonizacji nikt głośno nie krzyczał o odrodzeniu religijności w Polsce, czy gdziekolwiek na świecie, skoro o tym mowa. Beknęło tylko parę głosów, żeby chociaż w dzień kanonizacji nie kopać leżącego. Paru lewaków pojechało po bandzie wyśmiewając całą imprezę, czym się nawet zbytnio opinia publiczna nie przejęła. 

No to, smacznych kremówek. Ja na diecie tymczasem jestem. 

18:51, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 kwietnia 2014
A tak wielkanocnie

-No i po co wyciągać koszyczek wielkanocny, jak żadne z nas nie pójdzie z nim do święcenia? - pyta najlepszy z małżonków.

-Ten pusty koszyczek - oznajmiam uroczyście - symbolizuje pustkę religijną naszego domu.

Merry Wielkanoc, everyone. 

Tagi: święta
11:15, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (3) »
sobota, 29 marca 2014
Duchowy zestaw startowy II

Witam znowu. Jak było obiecywane, damy starterowi jeszcze szansę się wykazać, zatem komu mało, zapraszam na drugiego maila. Enjoy!

Jednym z najbardziej niesamowitych aspektów twojej relacji z Bogiem jest to, że nie musisz jej budować o własnych siłach. Nie jest to jednostronna komunikacja; Bóg nie pozostaje bierny, gdy do Niego się zwracasz. On także jest w ten związek zaangażowany.

Przyznam, że w tym momencie jestem zaintrygowana. 

Pamiętam pierwsze tygodnie po mojej decyzji oddania życia Jezusowi.

O matko, a ten znowu o sobie. Tak uczyli na kursach dla komiwojażerów? 

Może cię to zaskoczy, ale na wszystkie te pytania, i wiele więcej, możesz znaleźć odpowiedź w Biblii.

Ktoś się spodziewał czegoś innego? No właśnie.

(To ja mam pytanie. W jaki sposób rozmnażają się jamochłony? Co mam zrobić, jak mi się zepsuje smartfon? Biblio, do dzieła.)

Będąc w relacji z Bogiem odkryjesz, że On będzie mówił do ciebie bardzo osobiście przez słowa Pisma Świętego.

Zwróćmy uwagę na to projektujące "odkryjesz". Tak, na pewno odkryjesz. Jak jeszcze tego nie odkryłeś, to słabo z tobą.

Bóg chce się tobie objawiać przez swoje Słowo. Bóg chce przemawiać prosto do twojego serca.

Skoro chce objawiać się tak prywatnie, intymnie i bezpośrednio - czemu to robi poprzez książkę? Inaczej nie umie?

Nie pytaj mnie, jak On to robi. Wiem tylko, że tak się dzieje :)

To już bardzo tania metoda przekonywania.

Teraz krótko o tym, jak czytać Biblię ze zrozumieniem. Nie jest to skomplikowane. Powiedzmy, żeczytasz taki werset: "Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego jednorodzonego dał..." (J 3,16).Pozwól, że zadam ci pytanie: Jakie są odczucia Boga w stosunku do ludzi? Nie oczekuję tu od ciebiekreatywności, wyobrażania sobie jak Bóg mógłby, czy powinien się czuć.Kiedy czytasz Biblię, patrz na to, co mówi treść danego fragmentu. "Tak bowiem Bóg umiłował świat[...]". Te słowa są odpowiedzią na nasze pytanie: Bóg nas kocha.

Czyli w skrócie: czytaj Biblię tak, żeby pasowała pod tezę, którą JA stawiam. 

Nie, serio. Jest cała masa problematycznych fragmentów Biblii, które można by w tym momencie przywołać. I które by trochę do tej słodziuchnej tezy o miłującym Bogu nie pasowały. Ale o tym sza. Nawracanej owieczce nie wolno o tym mówić, bo się zniechęci.

Potem standardowo dostajemy linka do artykułu, no to lu:

Studium #1: Jak to się stało, że jesteśmy w relacji z Bogiem?

Pod linkiem... a zresztą zajrzyjcie sami. Jest tam kilka cytatów, pod każdym pytanie naprowadzające w stylu:

Ef 24,5 „A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni”.
Kol 113 „On uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego Syna”.
Pyt.: Na podstawie powyższych wersetów wymień cztery rzeczy, które Bóg dla ciebie uczynił?

Prawda, że ładnie? Jak w czytance dla klasy trzeciej. Na obrazku trzy drzewka. Pytanie: ile drzewek jest na obrazku?

Rz 59 „Tym bardziej więc będziemy przez Niego zachowani od karzącego gniewu, gdy teraz przez krew Jego zostaliśmy usprawiedliwieni”.
Pyt.: W Biblii czytamy, że Jezus nas zbawił. Od czego nas zbawił?

Dobre pytanie, prawda? Zostałeś zachowany od karzącego gniewu, pytanie dodatkowe: czyjego? I kim jest Jezus w stosunku do Boga?

Pytanie dla chętnych: czemu i w jaki sposób zaszła potrzeba, by jedno boskie wcielenie powstrzymywało to, co robi drugie?

Niestety, niczego ponadto z drugiej części zestawu się nie dowiadujemy. Niedługo trzecia. Do zoba.

19:18, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (6) »
sobota, 22 marca 2014
Duchowy zestaw startowy (Jezu, wpadnij na herbatkę c.d.)

Pamiętacie wpis o "naukowych" dowodach na istnienie Boga? Postanowiłam zobaczyć, co jeszcze strona oferuje i zapisałam się do Duchowego Zestawu Startowego:

Mam kilka pomysłów dla Ciebie. Przygotowałem tzw. "Duchowy Zestaw Startowy". Jest to bezpłatna seria siedmiu e-maili ode mnie, które być może pomogą ci poznać lepiej Chrystusa.

Mail przyszedł, to jedziemy z tym koksem. 

Właśnie czytasz pierwszą z siedmiu wiadomości, które ode mnie otrzymasz.

Na początku chcę ci pogratulować! Właśnie rozpoczął się nowy etap na Twojej duchowej ścieżce. Zapraszając Jezusa do swojego życia, zaczęła się dla ciebie najbardziej wartościowa relacja.

Na razie nic się nie zaczęło, ale dobra, dajmy im szansę.

Tego dnia, gdy ja powierzyłem moje życie Jezusowi, wiedziałem, że stawiam ważny krok.(bla bla świadectwo bla bla)

Nie interesuje mnie czyjeś życie. Next!

Kiedy prosisz Jezusa, by stał się częścią twojego życia, skąd możesz wiedzieć, że On naprawdę tam teraz jest? Przecież nie widzisz Go "na własne oczy". Skąd możesz wiedzieć, że On naprawdę wysłuchał twojej prośby? Czy ta pewność zależy od twojej szczerości, treści modlitwy, a może od tego, czy to"czujesz"? Nie. Tak naprawdę od żadnego z powyższych.

Pomijając "tam", gdziekolwiek to jest, przyznacie, że ten fragment brzmi całkiem sensownie.

Jesteśmy teraz w relacji z Bogiem, ponieważ to On sam nam ją zaoferował. A my przyjęliśmy Jego propozycję (oczywiście nie wszyscy ludzie, ale tylko ci, którzy powierzyli swoje życie Chrystusowi).

Zauważyliście, że to kolejna oferta dla już przekonanych? Konia z rzędem temu, kto umie powiedzieć, gdzie dokładnie, kiedy i w jaki sposób Bóg "zaoferował mu" jakąś relację, a on ją przyjął. Ale nieważne. Ważne, że my tacy wow. Tacy special. 

Poniższy artykuł wyjaśni, dlaczego możemy być pewni, że Jezus jest teraz częścią naszego życia, i co to właściwie oznacza.

To się wysilili... no dobra, klikamy. 

Kiedy podejmujesz decyzję zaproszenia Jezusa do swojego życia, ważne jest, abyś znał odpowiedź na pytanie: „czy Bóg naprawdę mnie usłyszał?”. Tak. W 1 J 5:14 (Pierwszy List Św. Jana, rozdział piąty, werset czternasty) czytamy: „Ufność, którą w Nim pokładamy, polega na przekonaniu, że wysłuchuje On wszystkich naszych próśb zgodnych z Jego wolą”. Jezus obiecał, że jeśli Go o to poprosimy, stanie się częścią naszego życia.

Wracamy, jak widzę, do argumentacji Świadków Jehowy: ateisto, zaproś Jezusa do swojego życia. Skąd masz mieć pewność, że to coś prawdziwego? Otwórz Biblię. Skąd masz mieć pewność, że Biblia mówi prawdę? (Zapewne odpowiedź brzmi: zaproś Jezusa do swojego życia, a się przekonasz. Or sth)

W Ap 3:20 (Apokalipsa Św. Jana, rozdział trzeci, werset dwudziesty) Jezus mówi: „Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”. Czy otworzyłeś drzwi swojego serca przed Jezusem? Jeśli tak, co Bóg obiecuje w takiej sytuacji? Czy On próbowałby cię zwieść?

Czy Bóg próbowałby cię zwieść? Nie wiadomo. Raczej nie, jeśli jest dobry. A skąd wiadomo, czy Bóg jest dobry? Bo tak mówi Biblia. A kto napisał Biblię? Podobno Bóg. I znowu wracamy do zamkniętego koła. 

Jezus umarł na krzyżu za nasze grzechy, aby nie stały na drodze naszej relacji z Nim.

To miło, że Jezus usunął problem, który sam stworzył (jako Jahwe). Bo tak naprawdę człowiekowi grzechy nie przeszkadzałyby w obcowaniu z teofanią (nie przeszkadzają np. w religiach politeistycznych, gdzie nie trzeba być moralnie nieskazitelnym, aby spotkać się z sacrum). Niespełnialny warunek bycia bezgrzesznym, by móc obcować z Bogiem, wymyślił tenże Bóg. 

Nie jest Mu wszystko jedno, czy będziemy żyć w bliskości z Nim, czy nie.

Skoro nie jest, czemu sam to utrudnia?

Wiele uczynił, aby taka relacja w ogóle była możliwa.

To wzruszające, ale przecież nie musiałby robić nic - wystarczy, że komunikowałby się ze swoimi wyznawcami bez obwarowań.

Aby mieć relację z Bogiem nie musimy Mu udowadniać, że już jesteśmy wystarczająco dobrzy czy wykonywać mnóstwa obrzędów i rytuałów religijnych.

Doprawdy? To po co Jezus umierał, skoro grzechy nie mają znaczenia? Po co Kościół instytucjonalny, skoro to niepotrzebne do relacji z Bogiem?

To Bóg sprawił, że możemy mieć relację z Nim. Dlatego przychodzimy przed Jego oblicze dzięki temu, co On uczynił, a nie dzięki naszym działaniom.

Byłoby dziwne, gdyby człowiek był w stanie cokolwiek wymusić na Bogu, czego ten by nie chciał.

Kiedy ktoś zaprasza Jezusa do swojego życia, otwiera drzwi na oścież: „Boże, pragnę relacji z Tobą. Chcę byś był obecny w moim życiu; weź je i zrób ze mną co chcesz”. Jest to decyzja, by Bóg był jego Bogiem, Panem jego życia.Jeśli podjąłeś taką decyzję, warto wiedzieć, co sam Bóg mówi teraz o twojej relacji z Nim (ciach cytaty z Biblii)

Wow, zaproś Jezusa do swojego życia, a będziesz miał niepowtarzalną okazję podyskutowania z książką.

Aby umocnić swoją relację z Bogiem spędzaj czas na poznawaniu Go przez Jego Słowo (Biblię), prosząc, aby objawiał się tobie i budował relację między wami. 

Reasumując:

Budowanie relacji z Bogiem polega na wygłaszanie swoich modlitw i próśb w pustą przestrzeń, a następnie czytanie książki i wmawianie sobie, że to właśnie jest odpowiedź.

Ale dobra, spróbujmy.

Problem 1

Dzisiaj wydarzyła się przykra sprawa, a mianowicie przechodząc przez ulicę nie pomogłam przejśc starszej Pani na drugą stronę. Pani ta jest dosyć wiekowa i ma kłopoty z chodzeniem i utrzymaniem równowagi a ja przeszłam obojętnie nie podając ręki. Strasznie się z tym czuję, nie wiem dlaczego tak postąpiłam, nie tak zostałam wychowana. W pracy na niczym nie mogłam się skupić, cały czas o tym myślę i żle sie z tym czuję, mam wyrzuty sumienia.

Co odpowiada Bóg (cytat losowy, żeby nie było, że manipulujemy słowem bożym)

Flp 3, 2

Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców! 

Problem 2

(...) Ponieważ byłam bardzo zmęczona dbaniem o dom, opieką nad małą oraz prowadzeniem firmy, poprosiłam mamę, aby przyjechała i przez jakiś czas mi pomogła. (...) Jest już miesiąc i jej pobyt okazał się koszmarem. Cały czas z moim mężem dyskutują. (...) Nie są zgodni w niczym. Nawet w muzyce jaką dziecku należy puszczać. Od miesiąca mam z tego powodu notoryczne migreny. 

Zapytajmy Boga!

Mt 10, 21-22

Brat wyda brata na śmierć i ojciec syna; dzieci powstaną przeciw rodzicom i o śmierć ich przyprawią. 22 Będziecie w nienawiści u wszystkich z powodu mego imienia. Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.

Że co, że tendencyjnie? Wszak "Czuj się swobodnie w rozmowie z Bogiem."

Za jakiś czas następny email. Stay tuned.

19:10, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (4) »
środa, 12 marca 2014
Donatan a prasłowiański katolicyzm na ziemiach polskich

Dwie wiadomości ostatnio rzuciły mi się w oczy:

1. Abp Wesołowski nie usłyszy zarzutów w Polsce. Nic w tym dziwnego, jako że polska prokuratura nie ma żadnych śladów, cała dokumentacja została przesłana z Dominikany do Watykanu. Watykan, przypomnijmy sobie, to jednak obce państwo, które nie ma żadnego obowiązku wydawać Polakom podejrzanego. 

2. Donatan na Eurowizji a sprawa polska. Gazeta Polska Codziennie drze szaty nad tym, by Polskę na Eurowizji reprezentował artysta prorosyjski. Pomińmy już tutaj dyletanckie uproszczenie panslawizmu z byciem rosyjskim agentem. Szum jest o to, że na tandetny konkurs piosenki z tyłka wziętej powinien jechać wyłącznie prawdziwy patriota, nie mający żadnych sympatii wobec obcych państw.

I teraz uwaga. 

Sympatie prorosyjskie (albo być może tylko panslawistyczne) Donatana przeszkadzają. Bo Rosja jest obcym państwem, a interes Rosji nie jest zbieżny z interesem Polski. Jednak z drugiej strony różnej maści Niezależnym, Niepokornym i innym patridiotom nie przeszkadza ani przez sekundę, gdy wielbieni przez nich politycy wysługują się obcemu państwu, jakim jest Watykan. Ba, uważają wręcz za konieczne, by polityką państwa polskiego kręcili kapłani, czytaj: osoby lojalne wobec obcego państwa (Watykanu) i de facto obcemu państwu podlegające. 

Dlaczego w Polsce każdy mające obce korzenie lub w rodzinie kogoś służącego w obcej armii (słynny dziadek z Wermachtu) tak oburza, a posiadanie w rodzinie księdza jest poczytywane za chlubę? Czym to się różni, w sensie? Oburzonym, którzy w tym momencie zaczną dyskutować, że to jest Kościół "polski" przypomnieć należy, że taki on polski, jak Wojsko Polskie za PRL. Lokalny oddział instytucji sterowanej z innego państwa. Jeszcze gdybyśmy byli Rosjanami lub Anglikami i mieli kościół narodowy - ale nie. Polski Episkopat nie jest autonomiczny wobec Watykanu. Czy jest lojalny wobec polskiego rządu, odpowiada przed nim? Wolne żarty. Konkordat stwierdza, że władza kościelna i państwowa to niezależne byty. Oczywiście istnieje gdzieś zapis, że prawo kościelne nie może stać w sprzeczności z państwowym (żeby jeszcze ktokolwiek się tym przejmował), ale to nie oznacza niestety, że kształtowanie prawa państwowego jest programowo niezależne od ideologii kościelnej (de facto - ideologii obcego państwa).

Pontyfikat papieża Polaka wywołał w wielu rodakach szkodliwe i niczym nie poparte przekonanie, że Watykan to taka druga Polska. Że tam są "nasi", których interes jest taki sam jak Polaków. Ciekawe tym bardziej, że sam Watykan nigdy niczego podobnego nie deklarował. A nawet jeśli bronić tej tezy na poważnie, to od 2005 roku to już nie są "nasi". Co gorsza, ostatnich kilka lat Watykan zdawał się być bliżej interesom politycznym Niemiec. Czy kogoś to w Polsce odstraszyło od odtrąbiania patriotą polskim każdego funkcjonariusza Watykanu? Od upierania się, że w najlepszym interesie polskiego obywatela jest, by jego życiem rządziły wytyczne z obcego państwa? 

Donatan podkreśla, że jego zdaniem polska kultura ma korzenie na Wschodzie, w Słowiańszczyźnie. Katolicyzm jest dla niego „wiarą przyniesioną”, a sam Kościół w Polsce to „ambasadorstwo na rzecz zupełnie obcej kultury”.

Czy się to komuś podoba, czy nie, nawet jeśli nie popieramy prosłowiańskości Donatana i nie kręci nas wielka słowiańska międzynarodówka wódki i cycków (nie dziwota zresztą: wódka podnieca tylko Polaków, Rosjan i Ukraińców, reszta narodów wolałaby raczej inne alkohole, ale kto by się tam w tej dyskusji zajmował tym, że istnieją jeszcze jacyś inni Słowianie niż Polacy i Rosjanie), nawet jeśli nas ten cały siermiężny pseudoludowy sztafaż śmieszy (a i niczym nowym czy programowo "prorosyjskim" on nie jest - ale żeby to wiedzieć, należałoby mieć pewną wiedzę o innych kulturach słowiańskich właśnie), to do jasnej cholery, Donatan ma rację. Pomińmy wielką dyskusję o tym, czy Słowiańszczyzna to jakiś mityczny Wschód (łoddefak?), ale chyba nikt nie będzie się upierał, że katolicyzm narodził się na ziemiach polskich! Tak, urwa, katolicyzm jest wiarą niesłowiańską, przyniesioną, nabytą. Co gorsza, nabytą drogą inkrustacji kulturą niemiecką (tak, dobrze czytacie, germański kurwa oprawca szerzył nad Wisłą wiarę katolicką, czy ci się to, Gazeto Polska, podoba, czy nie). Jeśli ktoś się oburza słysząc to, niech wróci do szkoły czym prędzej. Tak, kultura łacińsko-judejska, niesiona przez Kościół Katolicki, jest kulturą dla Słowian obcą i przywiezioną z zewnątrz. Nie, nad Wisłą nie biegali 1000 lat temu Abrahamowie i Rebeki, a chrześcijańskie polskie imiona typu Piotr, Anna, Paweł, Krzysztof, Maria etc. nie mają polskiego (ani nawet słowiańskiego) źródłosłowu.

Czy teraz jasne, Gazeto mieniąca się Polską?

20:07, klawiatura_zablokowana
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15