|
Młodzi, wykształceni, z dużych ośrodków w małżeńskim miksie wiary i niewiary plus dodatkowe atrakcje rodzinne i życiowe.
wtorek, 15 maja 2012
Apel do przyszłych apostatów
W mediach huknęło, dupnęło i kwęknęło. Gej będzie Polaków z Kościoła wyrzucał. Tego jedynego, słusznego! Siłą, za kark! Wbrew ich woli! Po prostu wejdzie i kogo złapie, ten wyleci, na dodatek otrzymując ekskomunikę, a droga do zbawienia zatrzaśnie się za nim z hukiem. Zgroza ogarnia, a zamęt grubymi nićmi szyty stale się pogłębia. I nic to, że pojawiły się nawet pierwsze prace naukowe dotyczące tego wyrzucania. Innymi słowy, zaczyna się II Tydzień Apostazji, tym razem szumniej zapowiadany, głośniej komentowany, przetaczający się z większym łomotem przez portale i fora internetowe. A razem z nim kolejna fala bezsensownych, środowiskowych dyskusji, czyja apostazja jest lepsza: według świętego Psyka czy według świętego Procha. Piszę ironicznie, ale zapał w dowodzeniu racji, w wyciąganiu co bardziej absurdalnych argumentów: kanonicznych, prawnych, konstytucyjnych i zwyczajnie emocjonalnych jest nie mniejszy niż w zażartych sporach teologicznych. Pytanie tylko: na co to wszystko? Czy to bardziej nie zniechęca niż zachęca? Czy to komuś przynosi coś dobrego? Porzucenie Kościoła, czy je nazwiemy apostazją, wystąpieniem czy czymkolwiek innym, to coś, co odbywa się przede wszystkim w głowie. Potem w czynie: w głośnym powiedzeniu "nie będę nikogo udawać, oto prawda o mnie". Dopiero potem na papierze. Grzmoci mnie po całości, czy się pod tym papierem podpisuje ksiądz pleban, urzędas z GIODO czy kto inny. Moje słowa a tym papierze pozostają niezmienne. I to one mnie określają, niezależnie, co sobie na ten temat będzie sądził Sąd Wojewódzki Najświętszej Rzplitej wraz z Sądem Biskupim, Sądem Kapturowym i kim tam sobie chcecie. Czy w imię bezwzględnego dążenia do swojej prawdy opłaca się srać do własnego gniazda? Dyskredytować to, co robią inni, chociaż robią w tej samej sprawie? Ośmieszać całą ideę portalikowymi przepychankami, które nie interesują 98% ateistów i 99,99% polskiego społeczeństwa? Albo z nami, albo przeciw nam? Kiedyś mi się wydawało, że ateiści, jako wolnomyśliciele, są bardziej otwarci od katolików. To jednak nie jest do końca prawda. Twój pogląd nie czyni cię lepszym sam z siebie. Tak samo wyrzucenie z diety mięsa nie uczyni cię miłującym świat pacyfistą. Odrzucenie jednego fanatyzmu nie chroni cię przed popadnięciem w inny. I tylko żal, bo cały konflikt jest wydumany, wzięty z przysłowiowej dupy, napędzony przez paru trolli, a odstrasza bardzo wiele przypadkowych osób, gdy przypadkiem wdepną w śliski temat zwany apostazją w Polsce. On jest śliski już sam z siebie, bo takie u nas urzędy, takie sądy, takie poszanowanie prawa, jakie mamy. Po co go jeszcze utrudniać i mącić podgryzaniem sobie nawzajem tyłków. Linkuję na tym blogu oba portale: apostazja.pl i wystąp.pl. Sami wybierzcie, który wam się bardziej podoba. Polecam w zasadzie oba. A najbardziej polecam szczerość wobec siebie. I pamiętajcie, że jeden z drugim się nie wyklucza. To tylko kwestia metody. Skutek i tak jest na razie ten sam. Niezbyt spektakularny. Mnie wystarczy, że ja wiem o tym, że oni wiedzą o tym, tam w parafii, po drugiej stronie. Możemy żyć w pokoju, ale wszyscy wiemy: z tym już koniec. Nie szkodzi, że publicznie się nigdy nie przyznają do takich osób jak ja, że znowu będą bełkotać coś o 95%. To ich tylko coraz bardziej ośmiesza, gdy fakty mówią co innego: wyniki wyborcze, statystyki frekwencji. Gdy miotają się, krzycząc, że 0,3% im nie wystarczy. Jak to nie wystarczy? Od 95% społeczeństwa? Toż to ogromna suma. No ale wychodzi, że to nie 95% będzie płacił, tylko jakieś 40%. To kim jest pozostałe 60%? Katolikami? Te 60% to ci, do których nie chcą się przyznać za murem parafii. To ci, których nie chcą zobaczyć. To tacy jak ty, wy, my, ja. Możecie im o sobie przypomnieć nie tylko krzyżykiem raz na parę lat na karcie wyborczej. Nie szkodzi, że wszyscy naokoło będą wam wmawiać, że to nic nie znaczy (nawet niektórzy apostaci, niestety). Nie bójcie się, dla tych co trzeba, znaczy. A grunt, że znaczy dla was. To wy definiujecie, kim jesteście. Nie kancelaria parafialna. I nie urząd. Nie GIODO. Nie państwo. Najpierw zmiana w głowach. Potem papierki. Bo gdy zmieni się w głowach urzędników, papierki pójdą same.
sobota, 21 kwietnia 2012
The best of fora katolickie special edition - wycieczka autokarowa
21 lajków poprzedniej notki na fejsie. Jesteście niemożliwi! Dzisiaj nie będzie aż tak filozoficznie. Majówka za pasem, więc w ramach cudowności, jakich dostarcza nam Internet, a zwłaszcza strony katolickie, udamy się na wycieczkę autokarową. Hej ho, jedziemy na wycieczkę, bierzemy Jezusika w teczkę i te sprawy. Jak w dobrym thrillerze, na początku jest trzęsienie ziemi: Mam jechać na wycieczkę autokarową z 13-letnimi uczniami. Mam taki dylemat: Czy powinniśmy pomodlić się razem głośno na początku (dalekiej) podróży, oczywiście kto chce, czy też lepiej sama, w milczeniu, za wszystkich. Jak w takiej sytuacji dać świadectwo, nie narzucając się? Dziękuję za odpowiedzi. a potem napięcie rośnie, albowiem lecą odpowiedzi: 1. Czy ta wycieczka jest publiczna, czy prywatna? Jeśli prywatna, pomódl się prywatnie, a jak publiczna, to publicznie. Czy ktoś na sali wie, co to jest "wycieczka publiczna"? 2. lepiej chyba będzie, jeśli pomodlisz się sama. Wiadomo jak teraz dzieci, lub młodzież potrafią kogoś zmiażdżyć, a taka modlitwa (która oczywiście jest wspaniałym pomysłem) mogłaby stać się powodem kpin, drwin, niektóre dzieci mogą poczuć się zagubione, a w takim wieku łatwo ulega się innym i płynie ze złym prądem. Ja bym powiedziała, że dzieciom nie modlącym się może być po prostu dziwnie i głupio, jeśli będą zmuszane do takiej publicznej modlitwy, ale co ja tam wiem. 3. Myślę, że gdyby były to osoby nieco starsze, można by pomodlić się głośno razem. Albowiem od 14 roku życia wolność sumienia i wyznania przestaje obowiązywać. 4. Chyba wiesz z jakimi dziećmi jedziesz? Przypuszczam, że jako opiekunka (wychowawczyni). To są dzieci z 6 klasy, a tam (na szczęście) jeszcze prawie 100% chodzi na religię. Nieważne, czy te dzieci wierzą, ważne, że tekst znają? Nie widzę problemów z króciutką modlitwą nawet w układzie, katolicy/prawosławni/protestanci. A co z układem katolicy/katolicy niepraktykujący/dysydenci/ateiści? 5. Mając 13 lat, a mój brat 10, wracaliśmy z kolonii autokarem, byliśmy tą podróżą tak przerażeni (10 dobrych godzin jazdy w tamtych czasach), że postanowiliśmy się pomodlić Przerażenie podróżą w wieku 13 lat? Ja mając 5 lat 2 doby za granicę z rodzicami jechałam i kwiczałam z ekscytacji zamiast płakać i się modlić, ale we mnie zawsze był diabeł (za późno chrzczona zostałam). 6. Powiem z perspektywy 17 latka: pomódlcie się wspólnie, jeśli jest to wycieczka szkolna. Nie wydaje mi się, aby ktokolwiek nie był chrześcijaninem. Ale mogę się mylić. Bo wiadomo, jak publiczna szkoła w Polsce, to 100% chrystianizmu, a kto nie z nami, ten Żyd, poganin i celnik. 7. Uważam, ze taka wspólna, głośna modlitwa będzie właśnie świadectwem, nie narzucaniem się, bo przecież kto nie będzie chciał, ten się nie będzie modlił. A kto nie będzie chciał, nie będzie też słuchał, bo może np. jechać na dachu. No i last but not least: 8. moze po prostu zapytaj ich co o tym myślą, kiedy wejdziecie do autokaru, czy zgadzają się na taką wspólną modlitwę. Z reakcji wywnioskujesz czy tego chcą, czy nie. Szkoda tylko, że sama katolicka nauczycielka na taki nowatorski pomysł nie wpadła.
wtorek, 10 kwietnia 2012
Odpowiedź Boga z trudem przebija się jednak przez Jego milczenie. Katolicka logika kontratakuje
Ostatnio gdzie nie zajrzeć, księża pomstują na ateistów, ostrzegają przed ateizmem, chcą nawracać ateistów, bronią się przed ateistami, normalnie strach lodówkę otworzyć. Dostałam na maila perełkę rzadkiej urody - pupa boli już katolickich myślicieli tak intensywnie z tym ateizmem, że postanowili dać mu odpowiedź. Siadajcie, przełknijcie co macie w ustach i zapnijcie pasy, albowiem czekają nas bardzo poważne filozoficzne rozważania. Słynny teolog odpowiada ateistom. - W ich przekonaniu zło i cierpienie to główny argument za nieistnieniem Boga, zwłaszcza takiego, którego wierzący uznają za wszechmocnego, dobrego i miłosiernego - pisze o. Hryniewicz. O. Hryniewicz wybrał sobie łatwego przeciwnika. Specjalnie dla ojca sprostowanie: główny argument za nieistnieniem Boga jest taki, że nikt do tej pory jego istnienia przekonująco nie udowodnił. A już zwłaszcza istnienia Boga dobrego i miłosiernego. I dowodzi: - Bóg nie przytłacza człowieka. Powołując świat do istnienia, sam wystawił siebie na ryzyko wolnego wyboru - i zgubnych decyzji - ze strony istot rozumnych. Usunięcie Boga ze sceny świata nie wyjaśnia tajemnicy zła i nie czyni cierpienia lżejszym do zniesienia. Ateizm nie ma ani wyjaśniać tajemnicy zła, ani czynić cierpienie lżejszym do zniesienia, panie Hryniewicz. Fakt, że coś daje ulgę w cierpieniu, nie przesądza o żadnej nadprzyrodzonej właściwości tego czegoś. Gdyby ulżenie w cierpieniu miało jakieś duchowe czy filozoficzne znaczenie, wszyscy wyznawalibyśmy ketonal. W większości religii ludzie wierzący łączą pojęcie Boga z ideą wszechmocy, wszechwiedzy, pełni i doskonałości. Tymczasem miarodajne dla chrześcijan dzieje i śmierć Jezusa z Nazaretu pokazują, że Bóg nie zatrzymał biegu wydarzeń. Nie przeciwstawił się woli ludzi. Nie wstrząsnął światem przez cudowną interwencję, która mogłaby zapobiec Jego okrutnej śmierci na krzyżu. Jawił się oczom ludzi jako słaby i pozbawiony mocy działania. Moc swoją okazał jednak w zmartwychwstaniu Chrystusa, które chrześcijanie świętują jako największe zwycięstwo nad śmiercią - nie jest więc bezradny wobec zła i ludzkiej winy. Ale co mnie to obchodzi jako ateistkę? Już to wydarzenie pokazało, że mamy do czynienia z Bogiem, który potrafi się wycofać i pomniejszyć. Nie jest to Bóg natrętny, który ludziom przeszkadza i konkuruje z człowiekiem w dziejach świata. Myślę, że 100 tys. głodujących dzieci nie miałoby aż tak bardzo za złe, gdyby im Bóg trochę poprzeszkadzał kilkoma tonami jedzenia zrzuconymi z nieba. Wiara chrześcijańska kryje w sobie liczne antynomie i paradoksy. Nie jest to bynajmniej oznaka irracjonalności czy religijna mitologia. Nie sposób oceniać prawdziwości wiary samą miarą dyskursywnego rozumu i prawami logiki. Skoro nie powinno się czegoś odrzucać tylko dlatego, że jest absurdalne i wewnętrznie sprzeczne, to równie dobrze można uwierzyć w absolutnie każde gówno. O ile zresztą pamiętam, nurt chrześcijańskiej filozofii dowodzący, że wiara jest logiczna, a do Boga można dojść przez rozum, nazywa się tomizmem. Istnieją zresztą różne typy racjonalności. Takie jak...? Niestety, ojciec Hryniewicz nie uraczył nas tą wiedzą. Mówienie o rozumie czy poznaniu o charakterze intuitywnym oraz o doświadczeniu prawdy o rzeczywistości ateista uzna z pewnością za pozbawione sensu. Poznanie o charakterze intuitywnym jest typem racjonalności? W dyskusjach nad wiarą na gruncie filozofii analitycznej i lingwistycznej niejednokrotnie podkreślano jednak, że sama logika nie wystarczy: Logic is not enough. Bóg nie jest logiczny na nasz ludzki sposób. Jego logiki zazwyczaj nie pojmujemy. Logiki latającego czajnika również nie, ale to jeszcze nie powód, by w niego wierzyć. To nie jest Bóg, który przytłacza człowieka. Powołując świat do istnienia, sam wystawił siebie na ryzyko wolnego wyboru ze strony istot rozumnych oraz ich jakże często zgubnych decyzji. Jakie ryzyko podejmuje Bóg? Przecież to owieczki głodują, giną, torturują się, uprawiają seks w prezerwatywie i robią inne potworności, a w finale smażą się w piekle za niewiarę. Niełatwo ateiście uwierzyć, że Bóg umniejszający samego siebie wychodzi naprzeciw wolnemu stworzeniu jako Ten, który jest zdolny do współcierpienia, do udziału w dziejach świata i nieszczęściach ludzi. Wyjdźmy od tego, że ateiście trudno uwierzyć w osobowego Boga jako takiego, a co dopiero podejmujące jakieś dziwaczne akrobacje, aby łatać dziury we własnym idealnym planie. Męka i śmierć krzyżowa Jezusa to w oczach chrześcijan nieprzemijające ostrzeżenie przed zadawaniem cierpienia innym, dramatyczny apel na całe dzieje ludzkości. Ale zaraz, jakie ostrzeżenie? Wszak im więcej cierpienia, które można ofiarować Duchowi Św., tym więcej bożej łaski i tym szybsza zmiana świata na lepsze. Im więcej cierpienia, tym lepiej. Cierpienie jest darem (katastrofa smoleńska była darem - twierdzi biskup Dydycz), którego nie wolno marnować, tak? To wstrząsająca diagnoza sytuacji świata znaczonego piętnem cierpienia z winy samych ludzi. Przecież ludzie byli w tych wydarzeniach tylko pionkami - Jezus został z góry wyznaczony na kozła ofiarnego i nie mógł się od tego losu wywinąć, o czym sam mówił głośno. Jaka tu wina ludzi? To nie ludzie skonstruowali taki boski plan. Uszanujmy przekonania niewierzących, kiedy szczerze mówią o niemożliwości wiary w świecie takim, jaki znamy z własnego doświadczenia. Świat jest zbyt zły, by uwierzyć w Boga? Co to za bełkot? Kiedyś świat był znacznie gorszy, ale poprawę jego kondycji zawdzięczamy innym czynnikom niż Bogu. Tak się składa, że argument z kondycji świata świadczy wybornie przeciwko Bogu, ale w zupełnie inny sposób: im mniej wiary w Boga, tym warunki życia lepsze, tym większe bezpieczeństwo i więcej swobody. Zło i cierpienie sprawiają, że skłonni jesteśmy oskarżać samego Stwórcę o bezradność lub obojętność na los swoich stworzeń. Obwinianie Boga jest chyba najstarszym i najbardziej rozpowszechnionym sposobem protestu przeciwko złu. W oczach ludzi niewierzących skoro jest zło, to Bóg nie istnieje. W oczach ludzi niewierzących Bóg nie istnieje niezależnie od istnienia zła. Negacja Boga i usunięcie Go z horyzontu naszego myślenia nie wyjaśniają bynajmniej dramatu zła i cierpienia. Jeśli zanegujemy istnienie Boga, wówczas człowiek sam musi dźwigać ogromne brzemię zła. Zarzut istnienia zła i oskarżenie zwracają się wtedy przeciwko niemu samemu. To on jest winny i odpowiedzialny za zło, które czyni. Staje się piekłem dla innych i dla samego siebie. I słusznie, albowiem za zło odpowiada człowiek. Nikt normalny na umyśle nie będzie się przecież upierał, że złe są procesy naturalne (np. powodzie, huragany czy trzęsienia ziemi) czy działania zwierząt lub roślin (atak szarańczy lub rozrost trującej pleśni na niedojedzonym hamburgerze). Człowiek wierzący nie zamyka się w samotnym i rozpaczliwym milczeniu. A ktoś tu się zamyka w "samotnym i rozpaczliwym milczeniu"? Nie widzę... Wierzy mimo wszystko w dobroć i życzliwą obecność Boga. Mówi do Niego i przyzywa Go na różne sposoby. Stawia Mu pytania, nie godzi się ze złem, czyni Mu wyrzuty, skarży się, prosi, spiera się z Nim. Rozmawianie z samym sobą niczego nie dowodzi w kwestii istnienia Boga. Czyż nie zastanawia fakt, że wołanie i skarga osaczonego przez zło człowieka nieustannie rozlegają się w Psalmach? W ten sposób ten, kto wierzy, także zmaga się z Bogiem z powodu zła. Wyraża przez to swoją nadzieję, że Stwórca nie pozostanie obojętny. Jest w tej postawie mądrość zaufania i nadziei, które stanowią istotę jego wiary. Raczej głupoty. Wyżej było wspomniane coś o tym, że Bóg celowo usuwa się w cień i nie ingeruje, zatem jego obojętność jest z definicji wpisana w system. Po cóż zatem opluwać się w "sporze" z milczącym niebem? W obliczu zła nie tylko ludzie niewierzący mają więc w swoim osamotnieniu prawo do kontestacji i spierania się na temat Boga. Może właśnie na tym polega pewna solidarność wierzących z ateistami we wspólnym dzieleniu ludzkiej doli. W pewnych momentach razem odkrywamy, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Trzeba dostrzec rzeczywistość ludzkiego krzyku, skargi i bólu. Nieeee... nie możet byt'! Ateiści są podobni do wierzących? Jaja sobie ojciec robi? Może jeszcze tego samego gatunku, co? Pod ciężarem cierpienia wszyscy pytamy: dlaczego taki los? Różnica jest ta, że człowiek wierzący nie posuwa się do negacji samego istnienia Boga, choć i on często ma poczucie absurdalności świata wydanego złu, pomimo swojej wiary w dobrego Stwórcę. Poprawka. Absurdalność świata jest znacznie wyższa przy wierze w istnieniu Boga niż bez niej. Podczas gdy ateistę po prostu i zwyczajnie bolą nagniotki albo napierdala bania po imprezie, katolik zgłębia, czy jego cierpienie jest elementem boskiego planu, znakiem z nieba, oznaką bycia wybranym, powołaniem do zjednoczenia w Jezusie (cokolwiek to znaczy), a może karą za grzechy, ostrzeżeniem, czy odpowiada za to on sam, Bóg czy Szatan, a może 33/33/33? Dlatego czeka na wyjaśnienia ze strony swojego Boga. Pyta Go i przyzywa. W tym czasie ateista przetrząsa Wikipedię, zażywa ketonal (chwalmy go!), w ostateczności idzie do lekarza. Nie jest osamotniony. Biblia przekonuje, że ten Bóg jest po jego stronie i z nim w walce ze złem. Ale nie wesprze nawet odrobiną ketonalu, w przeciwieństwie do apteki. Chyba wolę mieć po swojej stronie lekarza i aptekę. Zło nie skłania człowieka wierzącego do sprzeciwu wobec Boga. On wierzy, że sam Bóg sprzeciwia się złu w sposób niedostępny śmiertelnym i słabym ludziom. A sprzeciwia się w taki sposób, że się nie miesza. Tadaam! Sam zstąpił w sytuację naznaczoną złem, cierpieniem i nieszczęściem. I stworzoną przez samego siebie, nie zapominajmy. Oto sedno chrześcijańskiej logiki zmagania ze złem i wiary w ostateczne ocalenie od zła panującego na świecie. Śmierć Jezusa ocaliła kogokolwiek od zła panującego na świecie? O rly? Ta logika nie skazuje nas wszakże na bierne oczekiwanie ocalenia. Wręcz przeciwnie, zobowiązuje do zmagania ze złem razem z Bogiem. Z jakim Bogiem? Tym, co umniejsza się i nie ingeruje? Udręczonemu człowiekowi obozów koncentracyjnych i łagrów mogło się wydawać, że Bóg bardziej szanuje wolę oprawców niż ofiar wołających o pomoc w nieszczęściu. Wierzymy jednak, że On jest zawsze po stronie ofiar. A czym się to objawiało? Serio pytam. Nie jest to Bóg, który tylko zło dopuszcza, sam pozostając nieporuszony, nietknięty i z dala od niego. Jak nie dopuszcza, skoro dopuszcza, "nie konkurując z człowiekiem" or sth. W zmaganiu ze złem - w osobie Jezusa Chrystusa sam doznał jego niszczycielskiej siły. Na własne życzenie, w obrębie własnego planu... Ze sprawą zła łączy Stwórcę nierozerwalny związek. Niewątpliwie - skoro sam jest jego genezą. Od samego początku On pierwszy zmaga się ze złem. Nie może się z nim pogodzić. Dlaczego nie może się pogodzić z czymś, co sam dopuszcza, szanując wolną wolę, nie ingerując i nie narzucając się blablabla? Ono nie wymyka się całkowicie Jego panowaniu i w końcu zostanie przezwyciężone. Ale w jakiś sposób się wymyka. Czyli Bóg kontroluje zło, ale tak nie do końca. Jest to Bóg nie tylko zły (skoro sam zło zsyła, jednocześnie będąc przeciwko niemu, hahaha), ale i nieudolny. Występując przeciwko złu, przynagla ludzi do współdziałania. Ale jak to występując? A co z niewtrącaniem się? Zło unicestwia, degraduje, załamuje nie tylko ciało, ale i ducha, triumfuje i rodzi ogrom cierpienia. Gdzie jest wówczas Bóg? Co czyni? Trwa w niewzruszonym milczeniu, sam bezgranicznie szczęśliwy? Czeka końca? Nie chce czy nie może położyć kresu zbrodniczym zamiarom ludzi? Jeśli Bóg jest dobry i troszczy się o swoje stworzenia, dlaczego muszą one doświadczać takiego nieszczęścia? Czyżby sam Bóg był bezradny i bezsilny wobec bezdroży ludzkiej wolności? Kto jest ostatecznie odpowiedzialny za Holocaust? Jak to kto? Bóg istnieje wg ojca H., zatem ponosi odpowiedzialność. Gdyby nie istniał, winny byłby jedynie człowiek. Pytajmy: gdzie był wtedy człowiek? A gdzie wąż ma dupę, cytując klasyka? Wszędzie! Doświadczenie Holocaustu ma w sobie coś diabelskiego. Jak inaczej określić zabijanie Żyda tylko dlatego, że był Żydem? Chrześcijańską normą? Jak zrozumieć świadome dążenie do poniżenia ofiar i pozbawienia ich ludzkiej godności, zanim wyda się je na całkowite unicestwienie? Bo to chrześcijańska norma? Holocaust był piekłem na powierzchni ziemi. Nic dziwnego, że wielu utraciło wiarę w Boga. Sądzę, że ateizm jest równie jak wiara bezsilny w obliczu cierpienia. I co to ma do rzeczy? Ateizm to nie jest miś-przytulanka ani plasterek na rany. A może przekonany ateista nie musi wyjaśniać i rozwiązywać sprzeczności wynikających z faktu istnienia zła? A jakież to sprzeczności wynikają z istnienia zła dla ateisty? Nie uznaje przecież istnienia Boga dobrego i wszechmogącego. Może więc niepokoi go raczej pytanie o źródło i tajemnicę dobra, które potrafi się ostać nawet w obliczu największego zła. Ale co w tym niepokojącego? Altruizm i pozytywne więzi są wpisane w historię świata zwierzęcego, zatem w dzieje człowieka także. Odpowiedź ze strony wierzących nie będzie nigdy zadowalająca. Jeżeli sam Bóg milczy w obliczu zwycięstwa zła w takiej godzinie, czy można odważyć się mówić? To w końcu milczy czy przeciwstawia się? Ludzie wierzący są jednak przekonani, że Bóg był obecny wszędzie tam, gdzie cierpieli ludzie, w niemieckich obozach koncentracyjnych i sowieckich gułagach. Ale nikt z nas nie potrafi wyjaśnić sposobu tej obecności na samym dnie upodlenia i poniżenia ludzkiej godności.W takim razie co z tej obecności wynika? Nic. Taki boski Big Brother. Ja też jestem milczącym świadkiem ludzkiego cierpienia, kiedy siedzę na dupie przed TV, jem czipsy i oglądam w wiadomościach trzęsienie ziemi w Fukushimie. Wow, prawie jak Bóg. To nie Bóg jest przyczyną tego straszliwego zła, które nazywamy Holocaustem. To nie z Jego woli poszło na rzeź tak wiele niewinnych ofiar. Kto chciałby tłumaczyć ogrom cierpienia wolą Boga, stawałby po stronie katów i czynił Boga ich sprzymierzeńcem. To człowiek wybrał okrucieństwo. Chwilunia, czyli zgodnie z logiką ojca, Bóg jednak nie istnieje? Wszak Jeśli zanegujemy istnienie Boga, wówczas człowiek sam musi dźwigać ogromne brzemię zła. Dobrze rozumuję? Wrażliwość współczesnej myśli religijnej na ideę Boga współcierpiącego otwiera pewne nowe perspektywy. Nie mogą one wszakże rozproszyć wszystkich wątpliwości. Nie są w stanie wyjaśnić ogromu zła i jego niszczycielskiej siły, pozwalają jednak inaczej ustosunkować się do Boga, odnaleźć Jego bliskość i współczucie. To już bardzo dużo. No ja myślę. Te smażące się od promieniowania Japońce też powinny wreszcie zacząć doceniać to wszystko, co dla nich robię, oglądając TVN24. Cierpiący człowiek nie odwraca się wtedy od Boga jako Kogoś odpowiedzialnego za jego nieszczęście. Wierzy, że Bóg był pośród cierpienia i zagłady milionów ludzi, że zstępował do piekła nieludzkiego świata No, to zupełnie jak ja! Ja też byłam w Fukushimie podczas tsunami! ...i nie pozwolił, aby cierpienie ludzi było jedynie absurdem, czymś daremnym i bezsensownym. Ze zdumieniem odkrywa w Bogu tajemniczą wrażliwość na ludzkie cierpienie. Czyli cierpienie - tak, wypaczenia - nie. Cierpienia nie usuwamy, ale nadajemy mu Głęboki Mistyczny Sens i voila! Co prawda dalej cierpisz, ale teraz robisz to pod okiem Big Brothera, który jest z ciebie bardzo zadowolony. To bardzo dużo!!! Okrucieństwo ludzi nie może być argumentem przeciwko Bogu i Jego dobroci. Bóg nie milczał. W obozach śmierci ludzie nie przestawali modlić się do Niego. Chwila, ale zaraz było coś o tym, że Ufamy, że niepojęty Bóg pozostał milczącym świadkiem ludzkiego cierpienia Jeżeli sam Bóg milczy w obliczu zwycięstwa zła w takiej godzinie, czy można odważyć się mówić? To w końcu milczał czy nie milczał? To ta słynna boska logika? Wierzyli, że trzeba wołać do ukrywającego się Boga i pomagać innym. Może to było właśnie niewidzialne zwycięstwo wiary nad ludzką nieprawością, zwycięstwo dobra nad złem w ludzkim piekle? Ale to w żaden sposób nie udowadnia boskiej interwencji, wręcz przeciwnie. Czy jałmużna dana w imię kosmitów z Roswell jest mniej realna? Nie. Ale przecież nie udowadnia istnienia kosmitów w Roswell. Byli tacy, co potrafili życie oddać za drugich, także niewierzący. Tacy ludzie stali się widzialnym znakiem obecności siły wyższej w obliczu piekieł świata. Wręcz przeciwnie - udowadniali, że boska ingerencja nie zachodzi i nie jest konieczna ani w złu, ani w dobru. Istnienie zła i cierpienia jest sytuacją mroczną i niezrozumiałą samą w sobie. Bo się spało na biologii. To, co nazywamy złem, jest po prostu skutkiem rywalizacji między ludźmi o podstawowe dobra oraz realizacji popędów. Tyle, że zajebiście wysublimowanym kulturowo. Nie ma tu czego demonizować. Jesteśmy istotami szukającymi ocalenia i nosimy w sobie przynajmniej niewyraźną intuicję, że istnieje świat szczęśliwy, bez łez, przemocy i cierpienia. Dlatego właśnie kierujemy wołanie w stronę tego niewidzialnego świata. Zamiast się zająć naprawieniem go tu, na ziemi. W swojej niepojętej dla nas postawie [Bóg] godzi się nawet na to, że zostanie odrzucony przez swoje rozumne stworzenia. Jakie znowu godzi? A co z potępieniem tych, co odrzucili wiarę? Odpowiedź Boga z trudem przebija się jednak przez Jego milczenie. To chyba jakaś poezja, bo ja ni chuja tego nie rozumiem. Każda religia głosi, że taki głęboki sens istnieje. Odpowiada w ten sposób na zakorzenioną w ludziach potrzebę sensu. Cóż za piękny argument za tym, że religia jest od początku do końca wymysłem ludzkim. Chyba na zawsze pozostanie i nurtować nas będzie myśl, że nasz świat zanurzony jest w inną, zwierzchnią rzeczywistość, której potrzebę, pomimo wszelkich niejasności, boleśnie odczuwamy. Odczuwamy?
poniedziałek, 09 kwietnia 2012
Bo lepiej być poganinem...
To mnie rozwaliło: Forum Gazety.pl, komentarze pod wypowiedzią arcybiskupa G. o normalności: >Oto normalność według tych katabasów : 17.533 kościoły i kaplice, ok. 160 tys. hagruntów, 1240 przedszkoli oraz szkół podstawowych, 417 szkół średnich, 69 szkół wyższych i uniwersytetów,33 szpitale, 244 ambulatoria, 267 domów opieki, 538 sierocińców, 120 oficyn wydawniczych, 300 gazet i czasopism, 50 rozgłośni radiowych i diecezjalnych oraz jedną telewizję.To takie szacunkowe plus minus >>Obudziło sie POgańskie barachło. >>>Lepiej byc poganinem niz modlic sie do zyda i zydowki,katodebilu!!! WTF? Ale szczerze.
piątek, 06 kwietnia 2012
Groza samodzielnego myślenia
Kalwaria Zebrzydowska, Wielki Piątek, 6 IV 2012, Stacja u Piłata (J 18, 28 - 19, 16): Scena, która się rozegrała w pałacu i przed pałacem Piłata, powtarza się wielokrotnie w dziejach świata. Jezus i Jego orędzie zbawienia spotyka się z siłami, które Go odrzucają, kontestują, które starają się urządzić świat i życie człowieka na własną rękę, według własnej recepty. Proponuję zatrzymać się przy tym fragmencie. Kardynał celowo i manipulacyjnie unika doprecyzowania, czyje życie starają się urządzić ci "odrzucający". Jacyś ONI starają się urządzić życie CZŁOWIEKA. Jakiego znowu, cholera jasna, człowieka? Jakiegoś abstrakcyjnego? Konkretnego? A oni sami to kim są, do ciężkiego wała? Nie ludźmi? Czy to zdanie nie powinno brzmieć tak: Jezus i Jego orędzie zbawienia spotyka się z siłami, które Go odrzucają, kontestują, które starają się urządzić świat i własne życie na własną rękę, według własnej recepty. Brzmi groźnie, co? Żeby was ręka boska broniła urządzać swoje własne życie po swojemu! To oddala od Chrystusa! Macie sobie urządzać życia tylko na rękę Kościoła Katolickiego i według jego recepty. Zapamiętać to sobie i żeby kardynał nie musiał wam drugi raz powtarzać, nieuki! W tym świetle każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: po jakiej stronie się opowiadam? Czy po stronie Ewangelii, a więc cywilizacji życia i miłości, czy też po stronie cywilizacji, która usuwa Boga z życia człowieka, pozbawiając go fundamentu i nadziei? Tutaj mamy do czynienia dla odmiany z niedoprecyzowaniem, które ma przenieść nasze myślenie do większej skali. Brak wiary w Boga nie usuwa bowiem z życia człowieka wszelkiego fundamentu i wszelkiej nadziei. Usuwa tylko fundament i nadzieję związane z wiarą: poczucia winy, grzeszności, bycia obserwowanym przez Boga, nadziei na życie wieczne w raju (w którym, jeśli wierzyć Tertulianowi, nadziemskie rozkosze będą płynęły z obserwowania męczących się w piekle grzeszników). Każdy z nas, uczniów Jezusa, wezwany jest, by w codziennym życiu, w codziennych wyborach i trudach potwierdzać zasadniczy wybór, który rozpoczął się od momentu naszego chrztu. Znowu przemilczenie. Podjęliście w momencie chrztu jakiś wybór? Nie? To co niby macie potwierdzać? Otóż macie potwierdzać wybór, którego dokonano za was. Znowu - własny wybór i własne decyzje "śmierdzom". Paradoksalnie, w tym roku, przeżywając prawdę o Kościele jako naszym domu, dostrzegamy coraz częściej, że ten nasz dom jest krytykowany, atakowany, że podważa się lub spłyca jego misję. A przecież prawdziwej cnoty nie wolno krytykować. Oczywiście, w świętym, Chrystusowym Kościele jesteśmy także słabymi ludźmi, grzesznikami, i do tego przyznajemy się publicznie na początku każdej Mszy świętej. Oczywiście, ale wbijcie sobie do głowy, bydło durne eee te, no owieczki, że o przywarach naszego Kościoła się nie mówi! One mogą być, ale się ich nie wywleka! To wszystko zostaje w rodzinie, w domu tym wspólnym, znaczy. Jak sobie sami powiemy, że jesteśmy grzeszni, to tyle wystarczy i to wszystko naprawia. Serio. Natomiast nie możemy pozostawać obojętni wobec niesłusznych oskarżeń i insynuacji, bo podważanie misji i autorytetu Kościoła szkodzi człowiekowi, osłabia jego wiarę, odbiera mu nadzieję. A przecież nie można ludziom odbierać wiary i nadziei w naszą bezgrzeszność! Miejcie sumienie! Nie zamierzamy też odpierać tych niesłusznych insynuacji ani podawać argumentów. One są niesłuszne dlatego, że są skierowane przeciwko nam. I dlatego, że odbierają nadzieję. Wszak gdyby miały pokrycie w rzeczywistości, to by tej nadziei nie odbierały. Czasem mamy wrażenie, że ataki na wspólnotę Kościoła w naszej wolnej Ojczyźnie są bardziej przebiegłe i przewrotne niż w czasach komunizmu. To ONI! To wszystko oni! Obgadują nas, bo są źli i nam zazdroszczą! Buuuuuu Zarzuca się Kościołowi w Polsce, że jest pazerny. Najpierw odebrano mu przed laty dobra, które służyły różnym dziełom miłości, jak szpitalom, hospicjom, szkołom i całej działalności kościelnego Caritas. A teraz podważa się prawo, by Kościół uzyskiwał w różnej formie choć częściową rekompensatę za zagarnięte dobra. W różnej formie, to znaczy, czasem w cudownie zwielokrotnionej. Jakież eleganckie przemilczenie kardynała. Ale przecież odebranie więcej, niż się straciło i dalsze czerpanie korzyści z funduszu odszkodowawczego (mimo uzyskania rekompensaty "w różnej formie") nie jest wcale lichwiarskie i pazerne. Nie, nie. Aha i pamiętajcie, że roszczenia żydów odnośnie majątków w Polsce są głupie i bezzasadne. Rozporządzeniem Ministerstwa Edukacji Narodowej próbuje się osłabić rangę katechezy w polskiej szkole, przerzucając jej finansowanie na samorządy, a więc uważając, że ta forma wiedzy i wychowania jest drugiej kategorii, niekonieczna. A przecież jest konieczna! Każdy, kto nie chciałby korzystać z dobrodziejstw "tej formy wiedzy i wychowania" powinien odpowiadać karnie, jak za uchylanie się od podatków! A przecież formacji intelektualnej i duchowej młodego pokolenia Polek i Polaków nie może się prowadzić w próżni, odcinając ją od źródeł i od korzeni, z której wyrosła nasza kultura i cywilizacja. Bo ta szkoła to takie barachło, że na żadnych zajęciach nie prowadzi formacji intelektualnej i duchowej. Ta formacja odbywa się tylko na katechezie. Na pozostałych lekcjach uczniowie lewitują sobie w próżni, nieświadomi, że ich cywilizacja i kultura wyrosła z dniem chrztu Polski, a wcześniej śmierci Jezusa. Co gorsza, przekazuje im się jakieś bzdety o tym, że ich cywilizacja i kultura wyrosła także na antyku, oświeceniu, pogaństwie i lożach masońskich. Brrrr! Niestety, czasem Kościołowi szkodzą ci, którzy - choć są jego sługami - uporczywie i nieodpowiedzialnie upowszechniają zdeformowany obraz wspólnoty, a zwłaszcza jej pasterzy. Zdeformowany obraz powinno się bowiem upowszechniać z pełną odpowiedzialnością. A propos zdeformowanego obrazu: Edit: Z przemówienia papieża Benedykta XVI: Według papieża "ciemnością naprawdę groźną dla człowieka jest fakt, że jest on zdolny dostrzec i zbadać rzeczy namacalne, materialne, ale nie wie, dokąd zmierza świat i skąd pochodzi". Człowiek nie wie - dodał Benedykt XVI - "dokąd zmierza nasze życie, co jest dobrem, a co złem". Człowiek nie wie, co jest dobrem, a co złem? To po chuja Adam z Ewą ten owoc w Raju zjadali? Ostrzegł, że "zaślepienie na Boga i wartości" jest realnym zagrożeniem dla ludzkiej egzystencji i świata. Drodzy ateiści, czujecie się zagrożeniem dla świata? Ale tak poza tym Kościół was kocha. Nawet was czasem do przedpokoju wpuszcza i rekolekcje dla was, ciemnoty, organizuje. Więc doceńcie. No. Nie zdejmiemy krzyża ze ściany naszej ojczyzny, to znak zbawienia. To znak naszej ojczyzny. Nie wiem jak ojczyzny arcybiskupa, ale znakiem naszej ojczyzny jest to:
Czy dla was to wygląda jak krzyż? Bo dla mnie kurwa nie za bardzo. No, to wesołych świąt. U mnie wesoło będzie na pewno.
środa, 04 kwietnia 2012
Kryptoreklama
Przerwa na reklamę I po reklamie. ... Moja mama zapowiedziała, że jeśli w czasie obiadu wielkanocnego teściowa rozpocznie kazanie, to oni wyjdą. Poza moimi rodzicami obecny będzie jeszcze dziadek małżonka, stary ateista. Zapowiada się ciekawie. Na moje pytanie, czy w tym roku robimy święconkę, usłyszałam od najlepszego z mężów "no co ty, nie wygłupiaj się". Stay tuned.
niedziela, 01 kwietnia 2012
Tak, pakiet standard zawiera Szatana
- Dlaczego ja muszę mieć taką porąbaną matkę?! Dlaczego? - zawodził najlepszy z małżonków, gdy wróciliśmy już z wizyty u rodziny. Teściowa dała czadu, produkując wykład o: a. muzyce satanistycznej ("nie ma niesatanistycznej muzyki rockowej", "istnieje lista 23 zespołów satanistycznych", "tak, Beatelsi też") b. Harry'm Potterze (to New Age, a ponadto jest tam opis czarnej mszy. Na mój argument, że to nie jest czarna msza, bo w świecie przedstawionym nie ma chrześcijaństwa: nie musi być chrześcijaństwa, aby był Szatan!") c. jodze ("każą ci zrobić jakieś niemożliwe ćwiczenie, a jak je zrobisz, to ci mózg przestaje działać i wtedy ci robią pranie mózgu") d. świecie bez Boga ("musimy się zgodzić, że światem rządzi Szatan") e. grozie bioenergoterapii ("ja sobie bardzo wyrzucam, że jak chłopcy byli mali, to ich zabrałam to bioenergoterapeuty. Spójrzcie na nich teraz.") f. wszystkim jako takim ("wszystko, co nie pochodzi od Chrystusa, pochodzi od Szatana". "Każda obca duchowość jest zagrożeniem duchowym". Generalnie Szatan jest we wszystkim w pakiecie standard. Taki mini-gnostycyzm stosowany. Na hasło wujka "przecież Biblia nie mówi, że Szatan jest panem świata" nastąpił okrzyk "Przynieście Biblię, to wam udowodnię!" i natychmiastowa konsternacja krewnych "Eeee... kochanie, a gdzie my mamy w domu Biblię?" "Nie pamiętam...") g. jej życiowej misji ("moją misją jest czynić ludziom dobro") Przez jakiś czas familia słuchała z pewnym zafascynowaniem, a nawet ubawem, ale w pewnym momencie, gdy się zorientowała, że to tak na serio, nastąpił masowy odwrót na z góry upatrzone pozycje i impreza skończyła się u kuzyna w pokoju, gdzie dopijaliśmy wino (ja, Małżonek, Teść, Kuzyn, Ciotka), smętnie patrząc w laptopa. Teść ponuro wieszczył: - Zobaczycie, to jest preludium, ona dopiero da czadu na Wielkanoc, sprosiła tyle ludzi, aby wszystkich ponawracać... wspomnicie moje słowa... Na polu walki został tylko wujek, którego chyba bawiła dyskusja o zagrożeniach duchowych, a może po prostu wypił nieco za dużo domowej cytrynówki. Mój najdroższy-kiedyś-byłem-bardziej-wierzący-małżonek skomentował wieczorem tak: - Jej po prostu ojca brakuje i sobie kompensuje Bogiem... bo wiesz, generalnie większość tych wszystkich objawień to są jakieś nierozwiązane problemy psychologiczne... - A reszta? - pytam. - Jaka reszta? - No, tych objawień, co nie są problemami psychicznymi. - A, to... no, ta reszta to zwyczajne zwidy są... Głosujcie na teściową. Robi dobrą robotę.
środa, 28 marca 2012
"Możliwości katolickiego rozwoju naszego małżeństwa" aka parallel catholic universe
On de rołd egejn... Piszę, bo koleżanka śpi. Byłyśmy na obiedzie w Złotych Tarasach. Wyjechaliśmy już z Warszawy. Około północy powinniśmy przekroczyć granicę. A co u ciebie? Jesteś w domu? Odpowiedź: Nie, jestem u babci. I jak tam babcia? Marudna jak zwykle. Szuka możliwości katolickiego rozwoju naszego małżeństwa. WTF?! Temat mnie męczył przez cały wyjazd i wcale nie dlatego, że zjadłam niedobrego czeskiego knedlika w hospodzie pod uniwersytetem, zapitego dwoma jasnymi ostravarami, dwunastką. Powróciwszy na ojczyzny łono, wróciłam zatem i do tematu. Według słów małżonka, jego babcia uważa, że wzięcie ślubu kościelnego nakłada na mnie "pewne zobowiązania". Czytaj: powinnam się nawrócić i pomykać na msze. Fakt, że tego nie robię, budzi w katolickich członkach mężowskiej rodziny konsternację i niezadowolenie. Dalej było jeszcze lepiej. Jak wynika z rozmowy, babcia nie przyswoiła faktu, że ślub miał charakter mieszany i w związku z tym do żadnego nawrócenia ani praktykowania mnie nie zobowiązuje. W to akurat nie chce mi się wierzyć - babcia zobaczyła to, co chciała zobaczyć. Wnusia w garniaku przed ołtarzem z zainstalowanym obok odzianym na biało stworzeniem z dwoma chromosomami X. To jest dla niej synonim, że teraz wszystko będzie "po bożemu". O możliwości zawarcia ślubu nie w 100% katolickiego "nie wie" lub "nie pamięta", bo "za jej czasów czegoś takiego nie było". Nieważne, że do komunii przystąpił tylko pan młody spośród osób siedzących przed ołtarzem. Nieważne, że było dokładnie widać i słychać, jak to ja się nie żegnam, nie śpiewam, nie przyjmuję komunii i nie przysięgam na Bogaojcawszechmogącego. A jak ktoś nie widział i nie słyszał, to są dowody na filmie. Rozumiem, że moja bezbożna rodzina mogła na to nie zwrócić najmniejszej uwagi, oni by nie rozpoznali sakramentu, nawet gdyby wyskoczył z krzaków i ugryzł ich w dupę. Ale że pobożna i zdewociała babcia pana młodego, siedząca w pierwszym rzędzie nie przyjrzała się? E, coś mi się nie chce wierzyć. Małżonek zatem wytłumaczył jej, że ślub był mieszany, do żadnego nawrócenia nie doszło i nie dojdzie, moja motywacja do tego ślubu miała wyłącznie charakter "bo drugiej stronie zależy", a ja się do "pewnych zobowiązań" nie poczuwam. Jak się okazuje, babcia żyła w przekonaniu, że jestem "wątpiąca". - I co? - pytam. - Wyjaśniłem jej, że wątpiący to ja jestem, a ty jesteś niewierząca! Morał z tego następujący: żyć z ultrakatolickimi członkami rodziny to kak tigra jebat' - i smieszno, i straszno. Okazuje się, że człowiek, chcąc być miłym, dobrze wychowanym i tolerancyjnym, wysyła sprzeczne sygnały. One (babcia z teściową) naprawdę były przekonane, że jestem "tylko wątpiąca", a sakramencki ślub położył tym wątpliwościom kres i teraz wystarczy nas tylko lekko dźgnąć łokciem, abyśmy zaczęli regularnie uczęszczać do świątyni, "rozwijając w katolicki sposób nasze małżeństwo". Nigdy nie chciałam stawiać sprawy na ostrzu noża, ale może należałoby jakoś czytelniej dać do zrozumienia familii, że takiego wała? Przyjść na Wielkanoc w koszulce "nie chodzę do kościoła" (mam taką!)? Pomachać z daleka moją apostazją? Kupić teściowej Dawkinsa? - Ale twoja mama przynajmniej rozumie, że to był ślub mieszany? - pytam, bo zaczynam rozumieć, że żyjemy w równoległych światach i nie dla wszystkich pewne wydarzenia są faktami zaistniałymi. - Tak. Nie podobało jej się to zbytnio, ale trudno. Ojciec jej wytłumaczył, że i tak nie ma na to wpływu. - Twój ojciec? - Tak. Ojciec zawsze cię broni. Witajcie w rodzinie mieszanej wyznaniowo. Dalsze wieści coming soon.
niedziela, 25 marca 2012
Kacem w światowy ateizm
Jak to przed świętami, rozpoczynają się nerwowe ruchy w obrębie rodzinnego łona polegające na: a) wysondowaniu, kto i gdzie zamierza urządzić wyżerkę b) wysondowaniu, do kogo wypada pójść na rzeczoną wyżerkę i w jakiej kolejności, przy uwzględnieniu harmonogramu poprzednich świąt, warunków lokomocyjnych etc. c) dopasowaniu reszty planów pod czynniki a i b d) jeśli samemu zamierza się urządzić wyżerkę, uwzględnieniu czynników a i b Tegoroczne ruchy polegały na tym, że: najpierw zadzwoniła do nas moja mama, oznajmiając, że rezerwuje 1 dzień świąt obiadem i dalsze plany możemy układać pod ten fakt. Zakreśliłam zatem sobie kółko w kalendarzu, napisałam "Mama, obiad, godz. 14" i grała muzyka. Jakiś tydzień później znowu zadzwoniła moja mama z informacją, że teściowa jedzie 2 dnia świąt na pielgrzymkę, w związku z czym u teściowej jest 1 dzień świąt, u mojej mamy 2 dzień świąt, a planowana ucieczka przed allelujowatością na działkę 2 dnia świąt w wykonaniu mojej bezbożnej rodziny spełzła na niczym. Poprawiłam zatem zapis na "Teściowa, obiad, godz. 14.", w kratce obok "Mama, obiad, godz. 14." i na tym byłby zasadniczo koniec kwestii, plus oczekiwanie podszyte lękiem oraz perwersyjną ciekawością, jakie to dewocjonalia dostaniemy tym razem wskutek rzeczonej pielgrzymki, gdyby nie pewien ciekawy wątek poboczny: Moja mama: ...no to jak już zadzwoniła i zaczęłyśmy gadać, zapytała, jak zdrowie, no to opowiedziałam, że mnie czasem boli tu i tu (tu nastąpił opis, którego wam oszczędzę), na co ona, że ma na to rewelacyjny sposób... Ja: (jakieś chrząknięcie czy potaknięcie oczekiwania na dalszy ciąg) Mama: ...otóż ofiarowuje swoje fizyczne dolegliwości Duchowi Świętemu! Łoddefak? Czy ktoś kiedyś zrozumiał, na czym polega "oddanie bólu Bogu/Matce Boskiej/Duchowi Św./świętemu Pafnucemu/łotewa"? Bo ja nigdy i ani w ząb. Ponieważ jednak nie wypada komentować czegoś, nie zrobiwszy wpierw riserczu, zatem risercz leci, proszę zapiąć pasy i nie jeść podczas jazdy: Źródło 1: Gazeta Wrocławska Ks. Bashobora się spóźnił, ale ludzie czekali cierpliwie. Na uzdrowienie z raka, nadciśnienia, alergii czy uzależnienia od alkoholu i narkotyków. O tych chorobach mówił ks. John. Wspominał też o depresji, zazdrości, złości i złodziejstwie, o lenistwie, chorobach skóry, żołądka i bólu kręgosłupa. Czyli, jak oddam Bogu raka, to ja go już nie będę miała? Okej, to uczciwa wymiana, ale co z przedmałżeńskim seksem? Jeśli oddam go Bogu, to on go będzie uprawiał czy jak? Jak można "oddać" coś, co się samemu robi? No ale nic, jedziemy dalej, może zrozumiemy więcej: Źródło 2: Krucjata Modlitwy (9) – Ofiarowanie cierpienia jako daru Przyznacie, że poziom dramaturgii rośnie. Z cytatu o. Bashobory wynika, że chory ma oddać chorobę Bogu i tym samym się jej pozbyć. W modlitwie powyżej czytamy, że chory ma najpierw tę chorobę przyjąć. Ciekawe, jaki ma wybór, skoro i tak zachorował? Wyobrażacie sobie siebie, jak leżycie w szpitalu i mówicie "ha ha, a ja nie przyjmę raka płuc i co mi zrobicie, hahahahaha"? Co to za heroizm "przyjąć chorobę"? Choroba nie wybiera. Nie chorujemy, bo jesteśmy lepsi albo gorsi od innych. Co najwyżej głupsi, jeśli sami na nią zapracowaliśmy. Denerwuje mnie podejście "dostałeś raka, bo Bóg cię wybrał". Czy w takim razie można prosić, aby Bóg trzymał się ode mnie z daleka? Mam nadzieję, że moja apostazja załatwia sprawę i Bogu nie wpadnie do głowy mnie wybierać. Ale czy ktoś może na poważnie twierdzić, że człowiek palący od 30 lat paczkę za paczką zachorował na raka, bo "Bóg go wybrał" i ma teraz "przyjąć cierpienie, aby móc je ofiarować jako dar"? Jaki dar?! I o co chodzi z tym przybliżaniem? Marskość wątroby przybliża do Jezusowego Serca? W takim razie powinni na każdej mszy rozdawać papierosy i polewać wódkę, aby wierni szybciej zbliżyli się do Boga i aby Bóg szybciej mógł ich wybrać. Może też jakieś małe napromieniowanko jonizujące, podobno na raka działa wybornie. Albo wyłożyć świątynie azbestem. Tłumy wiernych bliżej Boga! I robotnicy od razu też, nawet ci niewierni. Czysty zysk dla ratowania dusz taki azbest. O co także chodzi z "ofiarowaniem jako dar"? Czy jak ofiaruję Bogu mojego raka przełyku, to ten rak zniknie? Chyba nie. Zatem co tak naprawdę ofiarowuję? "Panie Boże, mógłbym tak po prostu cierpieć z własnej głupoty, bo naprawdę nikt mi tych fajek przez 30 lat siłą nie wtykał, ale postanowiłem ci ofiarować swój ból, więc teraz wprawdzie nadal cierpię, ale z poczuciem bycia ważnym"? C'mon... Ktoś się zebrał i zadał to samo pytanie księdzu, czytajmy: Źródło 3: „Co to znaczy ofiarować cierpienie?” (Sebastian) Ksiądz odpowiada: Ofiarować cierpienie, to włączyć je w ruch miłości, w tajemnicę, która nas przerasta i która należy do porządku zbawienia, zdolna sprawić, że zło będzie służyło dobru, a cierpienie radości. Czy ktoś zrozumiał o co chodzi? No właśnie. Co to jest "ruch miłości"? O jaką "tajemnicę" chodzi? Są chorzy, którzy cierpią w buncie, i tacy, którzy cierpią jak Chrystus. Ludzie zgorzkniali, niecierpliwi i sprawiający, że cierpi ich otoczenie, albo inni promieniujący przez swoje cierpienie, przyjęte i ofiarowane, miłością, która nie ma końca. Zauważmy, jak ładnie zostali podzieleni chorzy. Są ci, którzy "cierpią jak Chrystus" i się tym ewidentnie radują, "promienieją", bo przez swoje "ofiarowanie" czują się wybrani i wielcy. I są ci, którzy taką postawę odrzucają. Są "zgorzkniali, niecierpliwi", przysparzają cierpień otoczeniu. Nie ma trzeciej drogi: cierpieć po prostu, znosić to raz lepiej raz gorzej. Nie. Albo heroizm 600% normy, moim zdaniem nieludzki i wymagający bardzo silnego gwałtu na własnej psychice lub wbicia się w niewyobrażalną dumę typu "ja wybrany" albo bycie złym, zgorzkniałym cierpiącym. Bycie zwyczajnie, po ludzku nieszczęśliwym zostaje napiętnowane, jeśli nie czynimy tego "jak Chrystus" i nie robimy ze swojej choroby wielkiego halo, znaku od Boga, a z siebie herosa, który cierpi za miliony. Cierpienie ma moc uświęcającą. Nie samo cierpienie, które jako takie pozostaje złem, ale cierpienie połączone z ofiarą. Czyli: bądź zły, krzywdź innych ludzi, żyj w grzechu, ale nie przejmuj się, jakaś mała marskość, osteoporoza albo chociaż głupi reumatyzm wszystko naprawią. Takim przykładem człowieka znoszącego cierpienie jest proboszcz z Ars. Uśmiechał się nawet w chwili śmierci i mówił, że nie obawia się ani złego ducha, ani tego, co przeraża i wydaje się nie do zniesienia. Podobne nastawienie znajdujemy u św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która twierdziła, że wszystko mija, wszystko stało się dobre dla niej, wszystko stanie się dobre dla nas, jeśli nie będziemy dramatyzować. Przypomina mi się Dogville: "Zabij wszystkich. Zacznij od dzieci, jedno za drugim. Powiedz matce, że przestaniesz, jeśli przestanie płakać." Mówił proboszcz z Ars, że cierpienie znoszone w spokoju nie jest już cierpieniem. Staje się normalnie, kurna, przejażdżką karuzelą. Dla osób patrzących z zewnątrz dopuszczone przez Boga cierpienia wydają się przekraczać wytrzymałość człowieka. Wydają się, fakt. Bo przecież ludzie popełniający samobójstwa w celach i obozach, umierający z głodu, pragnienia, zmęczenia czy zwyczajnego bólu to sobie jaja robią i wcale nie doświadczali cierpienia przekraczającego ich wytrzymałość. Dziwimy się, że doświadczany nimi święty nie stracił rozumu z bólu, że inny, który nie był wzorem odporności nerwowej, mógł w ciągu pięćdziesięciu lat znosić najgorsze tortury. Skoro to cierpienie tak prosto wytrzymać, pozostaje raczej dziwić się, że tysiące innych ludzi zupełnie straciło wiarę wskutek cierpienia. Najdrastyczniejszym przykładem był Holocaust - kondycja filozoficzna i religijna Europejczyków po tym wydarzeniu praktycznie legła w gruzach. Jak to możliwe, skoro to taka bułka z masłem? Jak to możliwe, przecież wystarczyłoby, że jakiś ksiądz katolicki wytłumaczyłby tym milionom ludzi, że ich cierpienie to bagatelka, wystarczy ofiarować je Chrystusowi i po problemie? Cierpienie ofiarowane wydaje się być oparciem dla człowieka. - Mamo, błagam, potrzebuję wsparcia! - Poczekaj, zaraz kopnę cię w kostkę! Szokujące mogą być dla nas myśli o cierpieniu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Uważała, że głębiej, ponad tym, co w niej cierpiało, śpiewało szczęście należenia do Boga, bycia w Jego rękach i przeżywania razem z Nim tej jedynej pasji, która warta jest, by nią żyć. Ekscytacja cierpieniem ma swoją medyczną nazwę. Zasadne jest pytanie, kto cierpi naprawdę; czy ten, kto niesie swój krzyż, czy ten, kto go odrzuca i niesie sam siebie? Widziałam w takim jednym amerykańskim filmie, jak bohater wlókł siebie samego po schodach, ale to chyba nie o to chodzi? Bo czym jest "odrzucenie krzyża i niesienie samego siebie"? Każdy z nas codziennie rano niesie sam siebie, bo tak jesteśmy skonstruowani. Poza wypadkami, kiedy niesie nas np. autobus. Nie wiem, jak św. Teresa zapatrywała się na kwestię "niesienie siebie autobusem a zbawienie". Marta Robin, która ofiarowała Bogu swoje cierpienie mówiła: „Trzeba, aby ziemia była rozdarta, by mogła być zapłodniona”. Mrrr, to bycie w rękach, to zapładnianie... frustracja seksualna? Masochizm w najbardziej freudowskim wydaniu? I źródło 4: Modlitwa ofiarowania cierpienia Święty Ojcze Pio, módl się za nami i pomagaj nam w ofiarowywaniu cierpienia za nawrócenie grzeszników oraz w intencjach całego Kościoła! Taaak! Więcej papierosów! Więcej promieniowania! Więcej wódy! Więcej azbestu! Więcej spalin! Więcej toksyn! Więcej nieodśnieżonych chodników! Więcej niewygodnych butów, albowiem nawet solidne nagniotki przyczyniają się do nawracania grzeszników! Twój syf na brodzie drogą do budowania potęgi Kościoła Katolickiego. Musisz tylko ofiarować go Jezusowi. Co prawda od tego nie zniknie, ale nie martw się. Cóż to jest syf na brodzie wobec nowej, eleganckiej zakrystii albo nowego volvo. Cóż to jest złamane biodro twojej babci wobec nowej pielgrzymki papieskiej do krajów trzeciego świata. Cierpienie jest cenne, ponieważ przysparza zbawienia, nie tylko twojego, ale i świata. Zmagając się z czyrakiem na pośladku naprawiasz świat. Zmieniasz go na lepsze. Jak piszą na portalu Adonai, nie marnuj skarbu cierpienia! Jeżeli spotyka Cię jakiekolwiek cierpienie, to pamiętaj, że natychmiast trzeba ofiarować je Bogu, jednocząc się z cierpieniem Jezusa na krzyżu. Wtedy cierpienie nie będzie Cię niszczyć, lecz stanie się tak wielką łaską "że nikt z ludzi tego nie pojmie dostatecznie, większą niż dar czynienia cudów, bo przez cierpienie dusza mi oddaje, co ma najdroższego - swą wolę". W ramach nadchodzących świąt wielkanocnych mam propozycję dla katolików: pobiegnijcie natychmiast do monopolowego i zakupcie duże ilości wódki, ale nie jakiejś dobrej, tylko takiej najtańszej, wszak chodzi o efekt, a nie o wasz komfort czy upodobania smakowe. Następnie należy się zakupioną Parkową lub Czerwoną Kartką najebać do nieprzytomności, koniecznie w Wielką Sobotę. W Wielkanoc zjednoczcie się z Chrystusem w bólu (kac to jak umieranie z pragnienia, więc trudno nie będzie, dla lepszego efektu możecie się nieco poobijać na schodach i powalczyć z kotem lub żoną, by mieć ślady biczowania) i ofiarowujcie wasze cierpienie na rzecz walki o nawrócenie grzeszników. W ten sposób połączycie przyjemne z pożytecznym i macie punkty w niebie za bezpardonową walkę ze światowym ateizmem. Zatem Narodzie, do dzieła! O nawrócenie nasze i wasze! Wieloletnią praktykę już macie, zatem wystarczy jedynie włączyć do niej intencję walki o zbawienie. Idźcie i nawracajcie. Alleluja!
czwartek, 22 marca 2012
Rodzina katolicka, czyli wyznania szczęśliwej żony
Zgłębianie pomysłów na życie katolicyzmu, który sam określa siebie jako ultra-emo ("my przeciwko światu") dostarcza nieustannie szczerego lolkontentu. Dzisiaj popastwimy się nieco nad portalem Rodzina Katolicka, gdzie możemy dowiedzieć się o takich zagrożeniach duchowych jak joga: Najczęściej konsekwencje ograniczają się, wobec braku intencji duchowej i nie najsilniejszego zaangażowania, do pojawienia się specyficznej nadwrażliwości, labilności emocjonalnej, pewnej skłonności do depresji. Na poziomie duchowym może do tego dochodzić oschłość na modlitwie, a nawet pojawienie się religijnych wątpliwości i trudności w praktykach duchowych. Czasami potrzebna jest oprócz Spowiedzi Świętej modlitwa o uwolnienie. oraz capoeira: Nawet dla nie-chrześcijan będących monoteistami oraz dla osób reprezentujących światopogląd materialistyczny, capoeira jest duchowo toksyczna. Końcowym zaś etapem jest zniewolenie. Capoeiras nie tylko propagują kulturę afrobrazylijską. Propagują też afrobrazylijski kult. Dowiadujemy się także, jak być szczęśliwą żoną. Otóż to wcale nie takie trudne: Już na samą myśl o uległości i poddaniu mężowi u wielu kobiet rodzi się bunt. Powstają negatywne skojarzenia o byciu kurą domową, darmową siłą roboczą, przedmiotem wykorzystania seksualnego itp. Nic z tych rzeczy! Pismo Święte nie mówi o uległości i podleganiu mężowi jak o jakiejś formie niewolnictwa. Być uległym – to okazywać rozsądne posłuszeństwo ustanowionej władzy, „tak jak Kościół podlega Chrystusowi”. Cokolwiek oznacza "rozsądne posłuszeństwo ustanowionej władzy". Bóg nakazał, aby żony były uległe mężom nie dlatego, że był do nich uprzedzony, lecz dla ochrony kobiety, bo w ten sposób osłania kobietę przed wieloma trudami życia. Ochrony kobiety przed trudami życia, które fundują jej mężczyźni, dodajmy. Gdyby nie lenistwo i agresja mężczyzn, kobieta nie miałaby żadnych trudów życia. Bo niby kto miałby ją wykorzystywać, bić i gwałcić? Tęgoryjce? Ciekawe podejście, prawda? Ja, mężczyzna, już taki jestem, że na widok babskiego pośladka nie umiem powstrzymać swoich żądz. W takim razie dla twojego dobra, droga kobieto, zamykam cię w domu i nie pozwalam zadawać z innymi mnie podobnymi. Mężczyzn nie da się zmienić, więc należy cię przed nimi chronić. Taka nasza natura. Pogódź się z tym, albowiem: Pan Bóg wynagrodzi tych, którzy wybierają posłuszeństwo Jemu, a nie tych, którzy domagają się praw, parytetów, równości płci i tym podobnych pomysłów, lansowanych w naszych czasach na siłę. Domaganie się praw oddala od Chrystusa! Sytuacja ekonomiczna zmusza dziś kobiety do pracy zarobkowej, gdyż w oparciu tylko o zarobki męża trudne byłoby utrzymanie domu. Jest to smutna konieczność, a nie dobrowolny wybór. Kobieto! Jesteś zmuszana, by się kształcić! Zmuszana, by iść do pracy i zarabiać własne pieniądze! Zmuszana, by posiadać finansową niezależność i zabezpieczenie na wypadek, gdyby twój mąż postanowił cię porzucić lub wszystko przepić/przegrać w kasynie/wydać na lepszy model etc. To wszystko przymus, który odczuwasz wskutek lansowania na siłę jakichś praw! Wiszenie na męskim portfelu jest stanem o ileż normalniejszym, ponieważ pozwala zachować boski porządek dupy i kija. (Zgadnij, kto jest dupą, ha ha ha). Już wiemy, przed jakimi trudami życia osłania kobietę boski porządek rzeczy. Przed trudami zdobywania wykształcenia, przed trudami zarabiania pieniędzy, wreszcie przed trudami samodzielnego zarządzania tymi pieniędzmi i podejmowania decyzji. Wszystko to są trudy dla kobiety zbyt duże - o wiele większe niż pranie, gotowanie, sprzątanie, zmywanie, rodzenie, przewijanie, kąpanie, cerowanie, prasowanie, karmienie, pilnowanie, pomaganie przy lekcjach i pierdylion innych czynności, które autor określa dalej jako "wypełnianie domu radością, miłością, gościnnością, pokojem". Żona jest więc zmuszana do pracy na dwóch etatach, wskutek tego jest przemęczona, niezadowolona, przygnębiona… Wymaga się od niej nadludzkiego wysiłku, aby była w stanie podołać narzuconym obowiązkom. Nic dziwnego - skoro facet po pracy nadal leży na kanapie i domaga się obsługi jak za czasów, gdy żony nie pracowały. Cóż, takiego męża sobie wybrałaś, prawicowa kobieto. Po prawdzie, cóż miałaś za wybór. Te zboczone feminazistki dawno zarezerwowały sobie tych, którzy nie boją się żelazka i pralki, a zmywania nie uznają za ujmę na męskości. Zostali ci prawdziwi rycerze kroczący Drogą Wojownika or sth. Zresztą ten akapit mówi to wprost: Mąż jest głową żony – posiada główną władzę nad dziećmi. Żona, pomoc dla męża, jest ogniwem łączącym męża z dziećmi. Gdy żyje według Bożego porządku, przyciąga do niego zarówno męża, jak i dzieci. Zwróćcie uwagę: ogniwo łączące męża z dziećmi. Ojciec nie ma żadnego kontaktu z dziećmi tak sam z siebie. On nimi tylko zarządza, sprawuje władzę. Nikt bardziej od ojca i matki nie ma prawa i obowiązku wychowywać dzieci. Z rozbitej rodziny wychodzą przyszli mężowie i żony coraz bardziej wykolejeni i prowadzą do jeszcze większej ruiny. Rodziny, które zakładają, nie uczą cnót, pracy, miłości, pobożności, posłuszeństwa, lecz są chaosem, w którym każdy żyje, jak mu się podoba. A przecież w domu powinien panować porządek: nadprzyrodzony, moralny i materialny. Bóg jest najwyższym Panem – i Jemu należy się cześć i miłość. Jest to porządek nadprzyrodzony. Ojciec jest głową rodziny – jemu należy się miłość, szacunek i posłuszeństwo; to jest porządek moralny. Dom jest darem Bożym, wszystko w nim mamy z Opatrzności Bożej, i za wszystko mamy dziękować. To jest porządek materialny. Nic o tym, co należy się matce. Matka jest do pomocy. A teraz trzymajcie się, bowiem leci... Biblijny obraz dobrej żony: Jest zdolna, pracowita, życzliwa, mądra, wiarygodna, radosna. Zna swoją wartość. Jako sprzętu domowego, dodajmy. Dom wypełnia radością, miłością, gościnnością, pokojem. Cóż za niesamowita kobieta! Czy taka postawa byłaby możliwa, gdyby mąż wymuszał jej uległość? Czemu nie? Muzułmańskie żony pewnie są jeszcze pogodniejsze, życzliwsze i pracowitsze. Tam, gdzie posłuszeństwo żony jest wymaganiem męża, pozostaje tylko ludzka władza i odwrócony zostaje Boży porządek. Tam, gdzie mąż wypełnia przeznaczoną mu w Bożym porządku rolę, uległość żony wobec niego staje się źródłem wzajemnej miłości, poświęcenia i błogosławieństwa. To nietrudne, prawda? On jest od rządzenia i przyjmowania hołdów, taką rolę nietrudno wykonywać. Ona bierze na siebie całą brudną robotę, w tym pośredniczenie między mężem a dziećmi. Bagatela. I jeszcze przykład z życia: Żona zrealizowała swą rolę w cichej uległości wobec męża, ufając Bogu, że będzie działał w ich życiu i ocali męża od utraty wiary. Pytanie za 100 punktów: kto wyznaczył kobiecie jej rolę, którą ma spełniać w "cichej uległości wobec męża"? Bóg? Ustami mężczyzn w sutannach? Na koniec przesłanie do czytelniczek: Żono, raduj się z władzy twego męża nad tobą. Bądź mu poddana. Jest to przywilej, że możesz żyć pod ochroną jego władzy. W ramach takiego porządku Bóg uczyni cię błogosławieństwem dla twej rodziny, dla męża, dzieci i Kościoła. Tak, ten tekst napisała kobieta. Nie wiem jak wy, ale ja dziękuję, postoję. Mój mąż, dzielący się ze mną domowym etatem w myśl zasady:
nawet nie próbuje ochraniać mnie przed trudami własnych pieniędzy i własnego myślenia, dobrze rozumiejąc, że w takim wypadku odczułby na swojej skórze prawdziwy gniew boży. Cóż, pewnie nie mam zadatków na szczęśliwą katolicką żonę. Ale ponieważ nie mam aspiracji bycia katolicką żoną i wypełniania męskiego boskiego planu wobec mojej osoby, mogę realizować swoją rolę jako szczęśliwej żony ateistycznej. Kolega małżonek póki co nie narzeka, a w razie gdyby narzekał, drzwi są tam, zawsze otwarte. Brzydzę się bowiem sprawowaniem nad kimś jakiejkolwiek władzy. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ateizm
Inne
Katoliccy publicyści
Know-how
Religijne
Tagi
|